Wjechaliśmy na szczyt wiatraka, by zapytać o przyszłość Polski. Na szali 100 tys. miejsc pracy

Krótkie szkolenie, specjalna uprząż, kask - i można jechać na szczyt wiatraka. Podróż chwile zajmuje, a wyjście na samą górę nie jest ani dla osób bojących się wysokości, ani - bo w "gondoli", sercu elektrowni wiatrowej, jest bardzo ciasno. A z góry widać przeszłość energetyki w Polsce i słychać jej przyszłość.
Dziennikarz Gazeta.pl Patryk Strzałkowski na elektrowni wiatrowej
fot. Gazeta.pl

Siedem minut trwa podróż techniczną windą na szczyt elektrowni wiatrowej, którą odwiedziliśmy z wiceministrem klimatu. A osiem miesięcy zajmuje już nowemu rządowi przygotowanie ustawy, dzięki której farm wiatrowych ma być więcej. I jeszcze trochę potrwa, ale Ministerstwo Klimatu i Środowiska chce, żeby ustawa była gotowa w tym roku i zaczęła obowiązywać od początku przyszłego. Przekazanie projektu do publicznych konsultacji zapowiedział wiceszef resortu Miłosz Motyka na konferencji prasowej na farmie wiatrowej obok Piotrkowa Trybunalskiego. 

Zobacz wideo Hubert Różyk: Dziś potrzebujemy wiedzieć, w jakie sektory gospodarki powinniśmy inwestować

Przy okazji konferencji razem z wiceministrem i grupą dziennikarzy odwiedziliśmy jeden z wiatraków tamtejszej farmy wiatrowej. Na niektóre wiatraki można wejść jedynie po drabinie, ale w tym (oddanym do użytku dwa lata temu) pomaga specjalna (choć ciasna) winda. Na samej górze znajduje się "serce" wiatraka - tak zwana gondola, w której znajduje się turbina i inne elementy techniczne. To tam muszą przychodzić technicy w czasie serwisu albo napraw w przypadku awarii. 

Z ciasnej gondoli można wyjść na zewnątrz i stanąć na górze turbiny (oczywiście będąc przypiętym w kilku miejscach). Tam także wykonuje się przeglądy i niektóre naprawy - na górze są m.in. urządzenia mierzące prędkość wiatru i sprawdzające oblodzenie. Z wysokości 123 metrów jest też spektakularny widok na okoliczne pola, wsie oraz samą farmę wiatrową. W sumie 15 wiatraków o łącznej mocy 30 megawatów pokrywa zapotrzebowanie energetyczne 35 tys. gospodarstw domowych.

Co ciekawe, ze szczytu wiatraka firmy Tauron obok Piotrkowa Trybunalskiego widać też to, co wkrótce będzie przeszłością energetyki Polsce - ogromną elektrownię węglową Bełchatów. A już pod wiatrakiem słuchaliśmy, jakie plany na przyszłość energetyki ma rząd i branża wiatrowa.

Ustawa trafi do konsultacji

To dobrze, że rząd pracuje nad ustawą wiatrakową, źle - że tak wolno - uważa branża. Inwestorzy już planują farmy wiatrowe, które mogą powstać nawet w ciągu dwóch lat. Czas jest kluczowy, bo bez nowych turbin grozi nam luka inwestycyjna i farm wiatrowych może wręcz zacząć ubywać.  

- Potencjał zielonej energii jest dziś niewykorzystany. A skutkiem tego są między innymi wysokie rachunki za prąd - powiedział Motyka. - To dla nas konieczność, nie tylko ze względu na rachunek ekonomiczny, ale też jakość życia, środowisko, czyste powietrze i bezpieczeństwo - dodał.

Kiedy dokładnie można spodziewać się zmian w ustawie wiatrakowej? - Jesteśmy na etapie uzgodnień międzyresortowych, po Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów. We wrześniu ustawa będzie w konsultacjach publicznych i jesienią będzie można przyjąć ten projekt w parlamencie - zapowiedział Motyka. Nawet jeśli tak się stanie, jej los będzie ostatecznie zależał od Andrzeja Dudy i tego, czy ustawę podpisze. - Wierzę, że ustawa uzyska podpis pana prezydenta. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś w Polsce chciał blokować transformację energetyczną - ocenił wiceminister. - Chcemy, aby ustawa mogła wejść w życie od nowego roku - dodał.

Kluczowe 500 metrów 

Przygotowywana przez rząd ustawa ma m.in. ułatwić i pozwolić na przyspieszenie procesu inwestycyjnego. Ale jej głównym elementem jest zmiana minimalnej odległości budowy wiatraków od zabudowań. PiS na początku swoich rządów zmienił tę odległość z 500 metrów na 10-krotność wysokości wiatraków, czyli w praktyce nawet 1-2 kilometry. To wykluczyło ponad 99,7 procent powierzchni Polski w możliwości budowy wiatraków. W ubiegłym roku rząd PiS chciał wrócić do odległości 500 metrów, ale w ostatniej chwili w Sejmie zmieniono to na 700 metrów. To nie tylko wykluczyło dużą część terenów z możliwości budowy wiatraków, ale też wykoleiło działania inwestorów, którzy szykowali się na zapowiadane przez rząd 500 metrów. 

Koalicja KO - Trzecia Droga - Lewica twardo obiecywała "uwolnienie wiatraków", ale pierwsza próba jeszcze w grudniu ubiegłego roku skończyła się wizerunkową porażką. A od tego czasu prace nad ustawą ciągną się miesiącami. Branża z jednej strony jest zadowolona, że rząd idzie w tym kierunku, z drugiej - sfrustrowana tym, że prace toczą się tak długo. Bo zmiana - z jej perspektywy - jest zupełnie niekontrowersyjna i bardzo potrzebna.

- Dziś mamy wiatraki o łącznej mocy około 10 gigawatów. Szacujemy, że przy zmianie odległości z 700 na 500 metrów, do roku 2040 możemy mieć nawet 41 gigawatów - mówił Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. Te 10 gigawatów mocy zainstalowanej pozwala pokryć kilkanaście procent naszego zapotrzebowania na prąd. Jeśli zrealizowany zostanie potencjał, o którym mówi Gajowiecki, to wiatraki staną się jednym z głównych źródeł energii elektrycznej.

Szef organizacji branżowej zwracał uwagę na potencjalne korzyści dla gospodarki: 260 miliardów złotych wartości dodanej do PKB do 2040 roku, ponad 100 tys. miejsc pracy, wpływy z podatku dla gmin. 

Wiatrowa luka inwestycyjna

Jednak zanim zmaterializują się korzyści prognozowane do roku 2040, przed Polską stoi zagrożenie luką inwestycyjną w energetyce wiatrowej. Ustawa z czasów PiS zablokowała większość potencjalnych inwestycji, a niektóre z najstarszych farm dochodzą do kresu swojej żywotności. Efekt? W marcu tego roku mocy wiatrowych w Polsce nie przybyło, a ubyło. 

To coraz bardziej palący problem, bo bez nowych źródeł odnawialnych dłużej pozostajemy skazani na węgiel. To nie tylko napędza zmianę klimatu. Energia z węgla jest coraz droższa (m.in. przez opłaty za emisje i koszty górnictwa), a to uderza nie tylko w konsumentów, ale i całą gospodarkę. Do tego stajemy się coraz mniej konkurencyjni, bo firmy zwracają uwagę na swój ślad węglowy i nie chcą inwestować w miejscu, gdzie prąd pochodzi głównie z węgla. 

Sam rząd zakłada, że wiatraków będzie szybko przybywać. W tej chwili ich całkowita moc zainstalowana to trochę ponad 10 gigawatów, zaś w planie transformacji energetycznej do roku 2030 (i to "mniej ambitnym" scenariuszu) założono, ta liczba wzrośnie do prawie 16 gigawatów. Czy zwiększenie mocy farm wiatrowych o ponad połowę w ciągu pięciu lat jest możliwe?

- Te liczby są ambitne, ale osiągalne - mówi Janusz Gajowiecki. Szef PSEW jest przekonany, że jeśli ustawa zostanie sprawnie przyjęta i wejdzie w życie, to szybko zobaczymy tego efekty. - Nowa ustawa wprowadza uproszczenia dot. pozwoleń, proces inwestycyjny będzie usprawniony - mówi i dodaje: - 6 czy nawet 8 nowych gigawatów jest na wyciągnięcie ręki, ale pod jednym warunkiem - ustawa musi w końcu wejść w życie.

Gajowiecki podkreślił, że firmy podejmują ryzyko i już planują inwestycje zakładające, że prawo zostanie zmienione zgodnie z tym, co zapowiada rząd. - Nowe farmy mogą powstawać w ciągu dwóch lat dzięki temu, że część procesów jest już rozpoczęta - zapewnił. 

Jak duże jest ryzyko, że przepisy nie wejdą w życie? Chociaż prace nad projektem ustawy trwają długo, to rząd zapewnia, że jest zdeterminowany do jej przyjęcia w kolejnych miesiącach. Dopracowanie ustawy powinno też pozwolić uniknąć takiej wpadki, jak z próbą zmian w ustawie wiatrakowej w grudniu ubiegłego roku, kiedy koalicja szybko wycofała się z pomysłu. Jednak pod znakiem zapytania jest podpis prezydenta Andrzeja Dudy (który nie był wcześniej bardzo przychylny wiatrakom). To oznaczałoby kolejne opóźnienie - co najmniej pół roku, do wyborów prezydenckich, pod warunkiem że wygra je osoba będąca większym zwolennikiem transformacji energetycznej. 

Wiatrak nie przeszkadza

Odległość wiatraków od zabudowań bywa kontrowersyjna dla mieszkańców - chodzi o różne kwestie, od ingerencji w krajobraz po hałas, generowany przez turbiny przy silnym wietrze. Według branży 500 metrów to odległość, która zapewnia im dostateczną ochronę. 

Farma wiatrowa Taurona, na której odbyła się konferencja wiceministra, leży obok miasta Wolborz. Niektóre wiatraki znajdują się tylko nieco ponad 500 metrów od najbliższych domów.

Burmistrz Andrzej Jaros zapewnia jednak, że nie spotkał się z oporem mieszkańców podczas budowy tej instalacji. - Nie było protestów, nie dotarły do mnie osoby, które farmy nie chciały - powiedział. Jedyny spór - wspomina - dotyczył sąsiadów, z których jeden miał mieć wiatrak na swojej ziemi i uzyskać z tego pieniądze, a drugi - nie, i był z tego niezadowolony. Już po uruchomieniu farmy zgłosił się jeden z mieszkańców, który mówił, że słyszy turbinę, ale przyznał, że mu nie przeszkadza - opowiada burmistrz. 

Teraz samorządy widzą przede wszystkim korzyść w postaci wpływu z podatków. - To ważne dla naszych budżetów - mówi Jaros.

Więcej o: