9 września nad zaporą w Gubie, kiedy woda ze sztucznego jeziora spadała z wysokości 170 metrów, zasilając turbiny wielkiej hydroelektrowni, przeleciał etiopski myśliwiec wojskowy.
Etiopczycy groźby Egiptu traktowali bardzo poważnie. Tej zapory niemal nikt nie widział z bliska, przez ostatnich kilkanaście lat, do momentu ceremonii otwarcia, dlatego że została gęsto obstawiona bazami wojskowymi i obroną przeciwlotniczą
- mówi Jędrzej Czerep, analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). Teraz te groźby są wprawdzie mało realne (dlaczego - o tym za chwilę), jednak napięcie pozostało.
Tamę Wielkiego Odrodzenia budowano kilkanaście lat - inwestycja ruszyła w 2011 roku. Od 2020 roku trwało napełnianie wielkiego zbiornika wodą, dwa lata później uruchomiono pierwszą turbinę. We wtorek 9 września elektrownia osiągnęła maksymalną moc 5150 MW. To około jedna czwarta mocy chińskiego giganta - Tamy Trzech Przełomów. Energia elektryczna powstająca w Gubie ma służyć mieszkańcom 120-milionowego kraju, w którym trzy lata temu niemal połowa populacji - 45 proc. - nie miała dostępu do elektryczności. Nadwyżkowy prąd ma być sprzedawany w regionie.
To był wielki projekt narodowy Etiopii. Zapora ma 170 metrów wysokości, blisko 2 kilometry długości, pomieści 74 metry sześcienne wody. Jest największą elektrownią wodną w Afryce i jedną z największych na świecie. Kosztowała 5 miliardów dolarów. Około 90 proc. środków wyłożył budżet państwa, które nie jest państwem bogatym - a mimo tego konsekwentnie przekazywało pieniądze na inwestycję. Resztę zebrano ze składek społecznych, Etiopczycy kupowali specjalne cegiełki - obligacje lub przekazywali darowizny. "To sztandar, pod którym warto się zjednoczyć i który pokazuje, co możemy osiągnąć, gdy jesteśmy zjednoczeni" - powiedział Reutersowi Mekdelawit Messay, etiopski badacz z Florida International University. Zapora jest symbolem wspólnoty, patriotyzmu i dumy narodowej. Ale innym Etiopia na tę dumę boleśnie nadepnęła.
Na ceremonii otwarcia elektrowni obecni byli między innymi najwyżsi przedstawiciele władz Kenii, Somalii czy Unii Afrykańskiej. Zabrakło polityków z Sudanu i Egiptu. - Nawet nie jestem pewien, czy zostali zaproszeni - mówi Jędrzej Czerep z PISM. A nawet jeśli byli, to z góry można było założyć, że się nie pojawią, z różnych powodów zresztą. Egipt był temu przedsięwzięciu od początku przeciwny. Nawet w dniu uruchomienia hydroelektrowni egipski MSZ przesłał do ONZ pismo, w którym stwierdził, że uruchomienie zapory narusza prawo międzynarodowe.
Zapora powstała na Nilu Błękitnym, jedynym z dwóch głównych dopływów Nilu. To rzeka, która tak samo jak w czasach starożytnych, jest dla Egiptu kluczowa. Kraj, w którym mieszka ponad 108 milionów ludzi, pod względem słodkiej wody w 90 procentach jest zależny właśnie od Nilu. Władze tego kraju wielokrotnie podkreślały swoje obawy dotyczące zmniejszenia przepływu wody, szczególnie w okresach suszy.
"Każdy, kto myśli, że Egipt przymknie oko na egzystencjalne zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa wodnego, jest w błędzie… Będziemy nadal monitorować sytuację i podejmować wszelkie środki przewidziane prawem międzynarodowym w celu ochrony egzystencjalnych zasobów naszego narodu" - powiedział przed miesiącem prezydent Egiptu Abdel Fattah al-Sisi.
Etiopia bardzo mocno podkreśla - i robiła to także w czasie ceremonii otwarcia - że ten projekt nie jest skierowany przeciwko komukolwiek i nie ma na celu manipulowania przepływem wody. - Etiopia zbudowała tamę, by prosperować, zelektryfikować cały region i zmienić historię czarnoskórych. Absolutnie nie chodzi o to, by skrzywdzić swoich braci - powiedział 9 września w Gubie etiopski premier Abiy Ahmed Ali.
- Obawy Egiptu nie są realne - mówi Jędrzej Czerep. O co zatem chodzi? O dumę.
Dla Egiptu najważniejszą sprawą jest poczucie, że zostaje mu wytrącony z rąk pewien przywilej, który uważał za dany sobie przez historię na zawsze. To wyłączność na korzystanie z wód Nilu i prawo do decydowania o wszelkich projektach hydrotechnicznych w górnym biegu rzeki, czyli poza granicami Egiptu. Jest to coś bardzo trudnego wręcz psychicznie, nie tylko dla klasy politycznej: pewna epoka się kończy
- zauważa analityk PISM. Ten przywilej pochodzi z jeszcze z czasów kolonialnych - wiek temu podpisano traktaty regulujące zasady korzystania z Nilu. Zgodnie z tymi zapisami prawa krajów położonych w dolnym biegu tej rzeki, czyli Egiptu i Sudanu, muszą być respektowane przez państwa z górnego biegu - Kenię, Tanzanię, Ugandę i Etiopię. Zgodnie z tymi traktatami także na budowę zapór potrzebna jest zgoda zainteresowanych. Tyle że te traktaty są przez państwa "nilowych" podważane jako podpisywane przez państwa kolonialne.
Na razie, podczas napełniania sztucznego zbiornika w Etiopii, nie odnotowano żadnych problemów z przepływem wody w Nilu. Zresztą napełniano go z "nadmiarowej" wody opadowej, stopniowo, w czasie pór deszczowych, nie zmniejszając przepływu w rzece. - Nawet gdyby były okresy, w których - hipotetycznie - woda byłaby przez zaporę zatrzymywana, to Egipcjanie mają możliwość reakcji. Mają tamę asuańską i przy niej sztuczne Jezioro Nasera. Jest ono większe niż to w Etiopii. Nawet gdyby Etiopczycy zatrzymali wodę na cały rok, Egipcjanie by ten brak uzupełnili - podkreśla Jędrzej Czerep.
Egipt zbudował Wysoką Tamę Asuańską w latach 60. XX wieku. Wciąż ma jednak kłopoty z wodą. Od połowy ubiegłego wieku Nil dostarcza 55 miliardów metrów sześciennych wody rocznie. Tymczasem by wypełnić całe zapotrzebowanie kraju, potrzeba 90 mld m3. Zgodnie z definicją ONZ, minimalnym poziomem bezpieczeństwa wodnego kraju jest 1000 m3 wody rocznie na mieszkańca. W Egipcie jest mniej niż 600 m3.
- Zanim zbiornik napełniono, Egipt regularnie groził Etiopii, nawet zbrojnie - bombardowaniem inwestycji. Tyle że sztuczne jezioro napełniono z nadwyżkowej wody deszczowej z pory deszczowej, nie korzystając z wody nilowej. Etiopia nie chce tej rzecznej wody zatrzymywać, ta inwestycja nie temu służy. Te argumenty jednak do Egiptu się nie przebiły. Zostały przefiltrowane przez dumę narodową oraz przez błyskającą lampkę alarmową: my już teraz mamy mało wody w kraju - mówi ekspert PISM. Czy jest zatem ryzyko wojny o wodę? W tym przypadku i w tym momencie już nie. Bo choć przez jakiś czas było groźnie, to teraz spełnienie gróźb miałoby straszliwe konsekwencje - dla wszystkich stron.
Ewentualność próby zniszczenia może i była poważna, ale na początku inwestycji. Teraz, kiedy ten zbiornik został napełniony - a gromadzi około 74 miliardów metrów sześciennych wody - to ewentualne przerwanie zapory spowodowałoby wielką falę powodziową, która by zmyła wszystko po drodze, niszcząc Chartum i docierając pewnie do Egiptu. To byłoby zabójcze dla Sudanu i samobójcze dla Egiptu. Taki scenariusz jest zatem poza dyskusją
- podkreśla Jędrzej Czerep.
A co z Sudanem? Tutaj sytuacja jest nieco inna, bo to jest kraj, który - poza samą Etiopią - z zapory najbardziej skorzysta. Po pierwsze, będzie mógł korzystać z wytwarzanej w elektrowni elektryczności - to bardzo blisko granicy między oba państwami.
I jeszcze może coś nawet ważniejszego. W Sudan co roku uderzają niekontrolowane, silne i niszczące powodzie. Zapora na Nilu Błękitnym te zjawiska zatrzyma lub przynajmniej ograniczy. Dlaczego zatem Chartum się tej inwestycji sprzeciwia? - W Sudanie trwa wojna domowa, w której strona rządowa jest mocno zależna od pomocy egipskiej. Jeszcze dekadę temu Sudan był w bloku państw przeciwnych egipskim przywilejom - zwraca uwagę Jędrzej Czerep.
- Dla Etiopii głównym celem inwestycji jest zapewnienie elektryczności dla całego kraju. Osobną kwestią jest to, czy będą sieci przesyłowe, żeby ten prąd doprowadzić do wszystkich miejsc, w których jest potrzebny. Do tego trwa rewolucja fotowoltaiczna w całej Afryce, która bardzo przyspieszyła, więc ta wieś i tak by się zaświeciła, ale tego nie było wiadomo kilkanaście lat temu, kiedy budowa się zaczynała - podkreśla ekspert.
Woda staje się kluczowym zasobem, surowcem, który w wielu rejonach świata, często niestety tych najludniejszych, staje się zasobem rzadkim albo wygasającym. Do tego dochodzą różne lokalne ambicje, a to sprawia, że podobnych napięć, a może w przyszłości i wręcz konfliktów, będzie więcej. Tam, gdzie na zrozumiałe i czasem uzasadnione obawy o bezpieczeństwo wodne nakładają się wzajemne animozje, trudna historia i spory na innych polach, wojny o wodę mogą stać się zupełnie realnym ryzykiem.
W ostatnich miesiącach uwagę świata przyciągało uruchomienie innej wielkiej inwestycji hydrotechnicznej. 19 lipca Chiny oficjalnie uruchomiły gigantyczny projekt hydrotechniczny na południowym wschodzie Tybetu. Zapora, która ma powstać, w dolnym biegu rzeki Yarlung Zangbo, ma być aż trzy razy większa od największej na świecie Tamy Trzech Przełomów. Ten projekt budzi obawy sąsiadów Chin, w tym przede wszystkim Indii, które boją się zaburzenia przepływu wody i szkód dla rolnictwa. No i miejsce, w którym ma powstać zapora, leży blisko spornego odcinka granicy chińsko-indyjskiej, gdzie całkiem niedawno dochodziło nawet do zbrojnych utarczek między patrolującymi ją żołnierzami obu państw. Pekin zapewnia, że wodą będzie gospodarować odpowiedzialnie, Delhi mu nie wierzy.
Czytaj więcej na ten temat: Ogromna chińska tama niepokoi Indie. Zagrożenie dla milionów ludzi