Wybory w Niemczech i gospodarka. "Mistrzom eksportu" będzie trudniej. Na co musi przygotować się Polska?

Demografia, cyfryzacja, problemy eksportowe, klimat i energetyka - gospodarka Niemiec ma przed sobą poważne wyzwania. To, na co się zdecydują zachodni sąsiedzi Polski, nie pozostanie bez wpływu i na nas. Czego się możemy spodziewać? Oto trzy kluczowe zagadnienia.

Niemcy żegnają się z Angelą Merkel na stanowisku kanclerza i wybierają nowy parlament - i nowego szefa lub szefową rządu. Wszelkie prognozy dotyczące tego, kto wygra wybory i jaki będzie skład nowej koalicji - bo na samodzielne rządzenie według przedwyborczych sondaży żadna z głównych partii nie miała szans - są obarczone sporym ryzykiem niepewności. Nie dość, że nie wiadomo nawet, ilu posłów będzie zasiadać w Bundestagu (może być ich rekordowo wielu, nawet ponad 900), to na niedługo przed wyborami około jedna trzecia wyborców nie była jeszcze pewna, na kogo zagłosuje. 

Niemcy, Berlin. Budynek Reichstagu, w którym mieści się Bundestag.Wybory w Niemczech. W Bundestagu może zasiąść nawet ponad 900 posłów

Kształt koalicji zapewne także nie będzie jasny od razu po zamknięciu lokali wyborczych, a negocjacje mogą długo potrwać - nawet kilka miesięcy. Podczas poprzednich wyborów, w 2017 roku, trwały aż 172 dni. Był to wprawdzie rekord w okresie po 1990 r., jednak teraz, w sytuacji politycznego rozdrobnienia, też nie musi być łatwo. Co w przypadku wyborów w Niemczech jest ważne dla Polski z gospodarczego punktu widzenia? Oto trzy kluczowe zagadnienia.

1. Niemcy - największa gospodarka Europy

Niemcy to największa gospodarka Europy i już z tego powodu to, co się w niej dzieje, nie pozostaje bez wpływu na całą Unię Europejską, w tym Polskę. Jeśli stan gospodarki martwi naszych zachodnich sąsiadów, i my powinniśmy zwrócić na niego uwagę.

Niemiecki PKB w pandemicznym 2020 roku miał wartość 3,3 biliona euro, ale był to rok recesji - gospodarka skurczyła się o 5 proc. Wcześniejszy, 2019 rok, i tak nie był przesadnie optymistyczny, ze wzrostem PKB na poziomie zaledwie 0,6 proc. (nominalnie produkt krajowy brutto wyniósł 3,45 biliona euro). Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE gospodarka Niemiec stanowi blisko jedną czwartą całego unijnego PKB. Tuż przed pandemią w Niemcy uderzały spory handlowe na linii Stany Zjednoczone - Chiny. To właśnie mocne powiązanie ze światem jest tym, co Berlinowi w czasie kryzysów bardzo ciąży i w długim terminie jest sporym wyzwaniem.

Niemców powinny martwić tendencje w gospodarce światowej. Dotąd z niej korzystali, osiągając gigantyczne nadwyżki - średnio 250 mld rocznie po 2015 r. Jawny protekcjonizm Donalda Trumpa pokazał, że te otwarte rynki i związane z nimi korzyści dla RFN nie są dane raz na zawsze. Niemcy muszą liczyć się z tym, że w wielu krajach mogą pojawić się podobne pomysły i "mistrzom eksportu" będzie coraz trudniej

- mówi Gazeta.pl dr hab. Sebastian Płóciennik, ekspert OSW i profesor uczelni Vistula.

Długoterminowo problemem będzie także to, co martwi nie tylko Niemców, ale także nas. - Kończy się okres w miarę stabilnej sytuacji demograficznej. Już za kilka lat zacznie spadać liczba osób w wieku produkcyjnym - do 2035 r. nawet o 9 mln - zauważa Sebastian Płóciennik.

Niemcy z demograficznym wyzwaniem próbowały zmierzyć się przed pandemią. Dwa lata temu zmieniły prawo, ułatwiając dostęp do niemieckiego rynku pracy osobom spoza Unii Europejskiej. Pojawiały się wtedy obawy, że nasi zachodni sąsiedzi "podkupią" nam pracowników z Ukrainy. Na razie nie widać, by działo się to na masową skalę, ale przecież od ponad 1,5 roku mamy pandemię, mocno utrudniającą z jednej strony często formalnie podróże i zmianę miejsca zamieszkania, a z drugiej być może powodującą odkładanie tego typu życiowych decyzji. Ewentualne przeniesienie ukraińskiej emigracji dalej na Zachód byłoby dla Polski dużym problemem. W danych na przykład ZUS widać, że ukraińska siła robocza ma już spory wpływ na polską gospodarkę, a niedawno pojawił się nawet raport z wyliczeniami, jak duży jest to wpływ. Aż 13 proc. całego wzrostu gospodarczego Polski z lat 2013-2018 zostało wypracowane przez pracowników z Ukrainy - wynika z analizy ekonomistów NBP: 

.Wyliczyli, gdzie byłaby Polska, gdyby nie Ukraińcy. Ta analiza daje do myślenia [WYKRES DNIA]

Z cyfryzacją, która była jednym z tematów kampanii wyborczej, Niemcy także mają spory problem, odstając nie tylko od światowej czołówki. Zauważają to między innymi analitycy Euler Hermes i Allianz Research. "Już od końca 2019 roku stawialiśmy pytanie, czy Niemcy są 'unieruchomioną' gospodarką, biorąc pod uwagę ich zmagania o dotrzymanie kroku rewolucji technologicznej XXI wieku. W tym czasie największa gospodarka Europy nie pojawiła się już w pierwszej trójce rankingu globalnej konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego 2019, spadając o cztery miejsca z roku poprzedniego na siódme miejsce. Obecnie, gdy decydenci polityczni w dużej mierze utknęli w trybie kryzysowym Covid-19 w ciągu ostatnich 18 miesięcy, tematy strukturalne wydają się całkowicie wypadać z agendy rządowej, pomimo pandemii uwypuklającej braki Niemiec w zakresie adaptacji do rozwiązań cyfrowych, a także słabości administracji publicznej - piszą w swoim przedwyborczym raporcie. Według wskaźnika Digital Riser Index Europejskiego Centrum Konkurencyjności Cyfrowej, w latach 2018-2020 niemiecka konkurencyjność cyfrowa spadła bardzo silnie i kraj znalazł się w ogonie zestawienia państw G20 (przed jedynie Japonią i Indiami), tracąc 176 pkt. W tym czasie Polska zyskała 88 pkt, co na tle Europy dało nam dość wysoką pozycję. Niemiecki wielki biznes nadrabia zaległości, wyzwaniem jest to, co dzieje się w mniejszych firmach oraz przede wszystkim w sektorze publicznym, także w zakresie infrastruktury cyfrowej. 

To wszystko zagadnienia długoterminowe. Na teraz niemiecki firmy zmagają się z problemami z dostępnością towarów i produktów. Zatory w handlu spowodowane są pandemią. Najpierw, kilkanaście miesięcy temu, świat zamknął się i produkcja stanęła. Potem popyt szybko skoczył, ale podaż wciąż za nim nie nadąża - i ta sytuacja potrwa zapewne jeszcze przynajmniej do końca tego roku. Dla Niemiec to wyzwanie między innymi ze względu na duży sektor motoryzacyjny, a to producenci samochodów, oprócz wytwórców urządzeń elektronicznych, szczególnie mocno cierpią z powodu niedoborów komponentów, w tym półprzewodników. 

- Okazuje się, że ograniczenia podażowe nie są takie łatwe do pokonania. To przede wszystkim z tego powodu Niemcy cały czas nie osiągnęły poziomu PKB sprzed pandemii i krótkoterminowo to jest spory problem dla ich gospodarki. "Wąskie gardło" dostaw podbija także ceny: obecnie inflacja w RFN sięga niemal 4 proc. i jest wyższa niż przeciętnie w strefie euro - mówi Sebastian Płóciennik. 

To zresztą problem nie tylko niemiecki, handel "zatyka się" na całym świecie, w portach stoją kolejki statków czekających na rozładunek, a zdarza się, że dostaw nie ma potem kto rozwieźć

Jak to może wpłynąć na Polskę? Na początku pandemii pojawiały się głosy, że może ona skłonić firmy do przenoszenia produkcji z wtedy zamkniętych Chi i ogółem Azji bliżej, w tym do Europy. Na tym potencjalnie mógłby skorzystać nasz kraj. Tyle że jak na razie tego przenoszenia wcale nie widać, mimo utrzymujących się zakłóceń w światowym handlu. Ekspert OSW zwraca uwagę na jeszcze inne kwestie: 

Przy rozważaniach na temat przenoszenia produkcji z Azji do Europy warto moim zdaniem pamiętać o dwóch czynnikach. Po pierwsze, polska siła robocza wcale nie jest już tak tania i do tych fabryk jest wielu konkurentów w regionie - również we wschodnich Niemczech. Firmy mają zresztą kłopoty ze znalezieniem pracowników, co tylko będzie podbijać płace. Po drugie, być może konkurentem "miejsc pracy" wcale nie będą ludzie, a maszyny i za jakiś czas powstawać będą zrobotyzowane "ciemne fabryki", z niewielką liczbą zatrudnionych. Drożejąca praca i jednocześnie tani kapitał, mogą sprawić, że inwestorzy zaczną się coraz bardziej interesować takimi projektami. Problem w tym - dla nas oczywiście - że mogą one zostać zrealizowane w np. Bawarii, bo koszty płac będą miały mniejsze znaczenie.

To, co dzieje się w niemieckiej gospodarce, jest ważne dla Polski szczególnie dlatego, że to nasz główny partner handlowy. Według analityka, nie powinniśmy jednak przyzwyczajać się do tego, że to się nigdy znacząco nie zmieni. - W Polsce często podkreślamy fakt, że wzajemne obroty handlowe osiągają ponad 123 mld euro, a nasz eksport na rynek RFN jest wyższy niż Francji. To bez wątpienia imponujące dane, pokazujące jak bardzo zmieniły się wzajemne relacje w ostatnich dekadach. Nie można jednak tracić z pola widzenia istotnego czynnika: ten eksport jest w znaczącym stopniu generowany przez niemieckie koncerny. Jeśli koszty prowadzenia działalności u nas wzrosną - jak wspomniane wcześniej koszty pracy - to te firmy mogą szukać innych lokalizacji dla produkcji. Szybko byłoby to widać w danych o handlu - podkreśla Sebastian Płóciennik. 

2. Klimat, czyli to, co łączy wszystkich głównych graczy 

Dużym temat tegorocznych wyborów w Niemczech jest klimat. Trudno się temu dziwić, w gorącym okresie kampanii wyborczej Niemcy doświadczyły ekstremalnych zjawisk pogodowych, tragicznych w skutkach, i choć pojedyncze zjawiska nie zawsze można jednoznacznie interpretować jako element zmian klimatycznych, to jednak przypomniały one mieszkańcom i politykom o konsekwencjach pompowania dwutlenku węgla do atmosfery.

Zobacz wideo Dr Majewski: Branża transportowa jest największym problemem jeśli chodzi o emisję CO2 w Europie

W najogólniejszym ujęciu to jest kwestia, która wszystkie główne siły polityczne łączy. Co do konieczności wprowadzenia zeroemisyjnej polityki jest tam konsensus (wyjątkiem jest tutaj AfD), partie różnią się w szczegółach, dotyczących na przykład konkretnej daty zupełnego odejścia od węgla czy kosztów tej operacji. Zieloni i Lewica idą najdalej - chcą, by elektrownie węglowe zostały wyłączone do 2035 roku, jak na razie oficjalnie jako moment odłączenia węgla od energetyki obowiązuje 2038 rok. Zieloni chcą też neutralności klimatycznej już za 20 lat. Konserwatyści z CDU mówią o 2045 roku, podobnie jak SPD. 

W dyskusji na temat klimatu czynnikiem, który miał istotny wpływ, była decyzja niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego z kwietnia tego roku. Orzekł on, że Niemcy muszą zmienić swoje prawo klimatyczne do końca tego roku i wskazać, w jaki sposób zamierzają ściąć emisje CO2 do niemal zera. Sąd uznał, że obecnie ustawa klimatyczna z 2019 roku jest częściowo niezgodna z konstytucją, bo odwlekając w czasie konieczne zmiany, przez co zagrażają prawom młodych obywateli do humanitarnej przyszłości: 

Niemcy z nowymi celami klimatycznymi (zdj. ilustracyjne)Niemcy z nowymi celami klimatycznymi. Neutralność klimatyczna do 2045 r.

Transformacja energetyczna w kraju, który w przyszłym roku zamierza odłączyć ostatnią elektrownię jądrową, a potem w ciągu kilkunastu następnych lat skończyć z węglem, jest wyzwaniem. Wiąże się z ogromnymi kosztami, stąd też różne pomysły łagodzenia jej wpływu (w tym na ceny energii i paliw) na społeczeństwo. Najbardziej radykalne klimatyczne pomysły mają oczywiście Zieloni i jeśli wejdą do rządzącej koalicji - a zapewne tak się stanie - będą je forsować. Ostatecznie jednak kształt polityki klimatycznej nowego rządu będzie zależeć od negocjacji najpewniej aż trzech podmiotów i trudno spodziewać się, by którakolwiek z partii była w stanie zrealizować swój program w całości. Kierunek jest jednak jeden - jak najszybsza dekarbonizacja. Jak to może wpłynąć na nasz kraj?

Z perspektywy Polski trzeba się przygotować na to, że coraz trudniej będzie sprzedawać do Niemiec produkty wytwarzane dzięki energii z węgla. Z jednej strony będą tanieć OZE, z drugiej zaś będzie rosła akceptacja społeczeństwa RFN dla wprowadzania restrykcji. Nie chodzi jednak tylko o "zielonego fiskusa" i coraz wyższe podatki emisyjne. Można spodziewać się np. kampanii konsumenckich, by nie kupować produktów zagranicznych wytwarzanych dzięki energii z węglowodorów lub by koncerny publikowały wykaz swoich emisji zagranicznych. W takim otoczeniu Polsce "węglem stojącej" będzie coraz trudniej utrzymać konkurencyjność

- uważa Sebastian Płóciennik. 

3. Nord Stream 2 i obciążenie w relacjach 

W polityce energetycznej Niemiec głośnym i problematycznym dla Polski elementem jest Nord Stream 2. Druga nitka gazociągu z Rosji do Niemiec, biegnącego dnem Bałtyku (z pominięciem Ukrainy), została już ukończona. Do jej uruchomienia potrzeba jeszcze odpowiednich zgód - na poziomie kraju i UE. Cały proces certyfikacji może zająć wiele tygodni, niemiecki regulator stwierdził, że ma na to cztery miesiące. Pojawiały się sygnały, że Rosja może chcieć uruchomić gazociąg szybciej, choć na razie nie ma ich twardego potwierdzenia. Rosjanie sugerowali za to, że rozpoczęcie przesyłu mogłoby obniżyć ceny gazu, które w ostatnich tygodniach biją rekordy w całej Europie, prowadząc do bezpośrednich podwyżek cen dla konsumentów oraz kłopotów firm z różnych branż, wykorzystujących gaz jako surowiec, na przykład chemicznej.

Trzeba się jednak liczyć z tym, że przy całym sprzeciwie Polski gazociąg prędzej czy później ruszy. Na to nie mamy już wpływu, teraz czas na przeniesienie dyskusji na ten temat na inny poziom. 

W relacjach polsko-niemieckich Nord Stream 2 będzie poważnym obciążeniem - i to na wiele lat. Z naszej perspektywy wszystko już chyba zostało tym projekcie powiedziane: o szkodliwym wpływie politycznym gazociągu, uzależnieniu od Rosji, a także o deficycie bezpieczeństwa w Europie Środkowej. Moim zdaniem, w tej chwili z Niemcami trzeba rozmawiać właśnie o tym deficycie: pójść do przodu i zastanowić się, jak Republika Federalna może zneutralizować negatywne skutki gazociągu dla naszego regionu. Trzeba też pamiętać o argumentach niemieckich. Tamtejszy przemysł potrzebuje taniego gazu - inaczej straci konkurencyjność, a przy okazji ucierpią nasi poddostawcy. Poza tym, z perspektywy wielu niemieckich polityków Nord Stream 2 to też okazja, by w jakiś sposób bardziej uzależnić Rosję od Europy i odciągnąć od Chin. Dyskusja z taką argumentacją nie jest łatwa: my mówimy o regionie, oni o poziomie globalnym

- zauważa analityk OSW. 

Jakkolwiek głosowanie w Niemczech i późniejsze rozmowy koalicyjne by się nie skończyły, kończy się jednocześnie cała epoka. Angela Merkel sprawowała w końcu stanowisko kanclerza przez 16 lat, bez przerwy. Już samo jej odejście to dla Polski duża polityczna zmiana.

Angela Merkel miała - choćby z racji pochodzenia - więcej wrażliwości i zrozumienia wobec Wschodu Europy. Jej priorytetem w czasach kryzysów było utrzymanie jedności Unii Europejskiej, czyli utrzymanie jedności wspólnego rynku i instytucji politycznych zarządzających UE. Nowy kanclerz, czyli prawdopodobnie Olaf Scholz albo Armin Laschet, będzie miał perspektywę bardziej karolińską, zachodnią, zwróconą ku Francji i reformowaniu strefy euro. Niektórzy obawiają się, że będzie to oznaczać bardziej twarde, wręcz "agresywne" stanowisko wobec Polski. Moim bardziej realnym ryzykiem jest rosnąca obojętność - a po polskiej stronie nieufność - i kurczący się zakres tematów, w których możemy zawierać z RFN ważne polityczne porozumienia

- podsumowuje Sebastian Płóciennik. 

 

Więcej o: