Poszło! Procedura stawiania Glapińskiego przed Trybunałem Stanu rozpoczęta [GOSPODARCZY TGV]

Mikołaj Fidziński
W gospodarce idzie ku dobremu. Ku jakiemu idzie w kwestii Trybunału Stanu dla Glapińskiego? To zależy od preferencji, niemniej machina ruszyła. W tym tygodniu m.in. kolejny wzrost inflacji w Polsce. Co jeszcze się wydarzyło i co nas czeka? Zapraszam na Gospodarczy TGV.
Prezes NBP Adam Glapiński
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Jaka inflacja w maju?

W tym tygodniu poznamy m.in. szybki szacunek inflacji w maju (w środę 29 maja). Bardzo prawdopodobne, że zobaczymy odczyt wyższy niż kwietniowe 2,4 proc., acz trójka z przodu byłaby już negatywnym zaskoczeniem. Przykładowo, ekonomiści Santander Banku prognozują odczyt 2,7 proc., przewidując m.in., że w maju znów podrożała żywność w efekcie powrotu do stawki VAT 5 proc. na nią od 1 kwietnia.

Zobacz wideo "Inflacja może wzrosnąć". Skrót przemówienia Glapińskiego

Wcześniej, bo w poniedziałek 27 maja, GUS zapewni m.in. rzut oka w najnowsze dane z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności w pierwszym kwartale 2024 r. (chodzi m.in. o poziom aktywności zawodowej w Polsce, liczbę biernych zawodowo itd.). Poznamy wtedy też ostatecznie stopę bezrobocia rejestrowanego w kwietniu (wstępny szacunek to 5,1 proc. - najmniej w kwietniu od 1990 r.; 798,5 tys. osób zarejestrowanych w urzędach pracy). 

Na wtorkowym posiedzeniu rząd pochyli się m.in. nad rozporządzeniem w sprawie określenia miesiąca wypłaty "czternastej emerytury" (propozycja to wrzesień) oraz sprawozdaniem z wykonania budżetu za 2023 r.

Za granicą w czwartek m.in. kolejny odczyt PKB w USA w pierwszym kwartale. Pierwszy szacunek - wzrost o 1,6 proc. rok do roku (w ujęciu zannualizowanym) bardzo rozczarował. W piątek z kolei poznamy odczyt inflacji HICP w maju w strefie euro (prognoza 2,5 proc. wobec 2,4 proc. w kwietniu) i kwietniową inflację PCE w USA.

W gospodarce bez szału, ale idzie ku lepszemu

W minionym tygodniu poznaliśmy pełny zestaw danych z gospodarki w kwietniu. W środę Główny Urząd Statystyczny podał, że produkcja przemysłowa urosła o 7,9 proc. rok do roku - najmocniej od półtora roku. Wprawdzie dużo zrobił tu efekt kalendarza (więcej dni roboczych niż rok temu), ale mimo wszystko dane wypadły lepiej od oczekiwań. W czwartek GUS dodał do tego sprzedaż detaliczną, która urosła o 4,1 proc. rok do roku (rozczarowanie, ekonomiści spodziewali się wzrostu o około 5 proc.) oraz produkcję budowlano-montażową, która była w kwietniu niższa niż rok temu o 2 proc. (ale spodziewano się większego tąpnięcia, o ok. 3,7 proc.). 

Kwietniowe dane nie zmieniły długoterminowego oglądu sytuacji wśród ekonomistów. Polska gospodarka rozpędza się - może nie w olśniewającym tempie, ale jednak. Po wzroście PKB w pierwszym kwartale o 1,9 proc. rok do roku (i 0,4 proc. kwartał do kwartału), w drugim np. według ekonomistów Pekao zobaczymy już wzrost o około 3 proc. W całym 2024 r., według prognoz różnych ośrodków, PKB Polski powinno urosnąć realnie o 3-3,5 proc. (po ledwie 0,2 proc. w 2023 r.). 

Stopniowo poprawia się koniunktura w przemyśle. Dołek w inwestycjach potrwa jeszcze kilka miesięcy, aż ruszą inwestycje strukturalne finansowane z KPO. Motorem napędowym polskiej gospodarki jest i powinna być konsumpcja, choć o boomie nie ma mowy.

Wspierać konsumpcję powinien realny wzrost dochodów. W minionym tygodniu dowiedzieliśmy się, że w kwietniu przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 11,3 proc. rok do roku (i wyniosło 8271,99 zł brutto). Konsensus prognoz ekonomistów był jeszcze wyższy (ponad 12 proc.), ale mimo wszystko kolejny dwucyfrowy wzrost jest imponujący. Po uwzględnieniu inflacji rocznej (2,4 proc.) wzrost realny płac wyniósł aż 8,7 proc. Nieco na przeciwnej szali są nastroje konsumenckie, które są wprawdzie bardzo dobre na tle ostatnich czterech lat, ale triumfalny pochód w górę z 2023 r. został już zahamowany. Od kilku miesięcy (lekko, ale jednak) pogarszają się przewidywania co do przyszłej sytuacji ekonomicznej kraju i gospodarstw domowych. Rośnie cały czas skłonność do oszczędzania pieniędzy, co raczej nie wróży wielkiego rozbuchania konsumpcji.

Więcej o danych w tekście poniżej:

Machina z Trybunałem Stanu dla prezesa NBP ruszyła

Marszałek Sejmu Szymon Hołownia skierował wstępny wniosek o postawienie prezesa NBP prof. Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu do procedowania przez Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej. To formalny początek procedury sejmowej w tej sprawie. Teraz przewodniczący komisji Zdzisław Gawlik prześle odpis wniosku Glapińskiemu, a ten będzie miał 30 dni na ustosunkowanie się do niego. Potem sejmowa komisja ruszy do prac, ma w planach m.in. przesłuchanie 50 świadków. Po przeprowadzeniu postępowania przekaże Sejmowi sprawozdanie z wnioskiem o pociągnięcie (lub nie) Glapińskiego do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu.

Wtedy zaczną się większe "schody", bo zgodnie z przepisami Sejm może podjąć uchwałę o postawieniu prezesa NBP przez Trybunałem Stanu (która skutkowałaby też zawieszeniem go w obowiązkach!) bezwzględną większością głosów. Jednak Trybunał Konstytucyjny w styczniu uznał, że przepisy w tym zakresie są sprzeczne z Konstytucją RP i w Sejmie powinno się znaleźć poparcie 3/5 posłów za wnioskiem (a takiej większości koalicja rządząca nie ma, nawet razem z Konfederacją). Słowem - groziłby nam konflikt konstytucyjny, w którym niektórzy uważaliby, że prof. Glapiński jest zawieszony w obowiązkach, a inni (w tym pewnie sam prezes NBP) że nie. Można się też spodziewać konfliktu z instytucjami unijnymi (niezależności prezesa NBP na pewno broniłby Europejski Bank Centralny oraz Trybunał Sprawiedliwości UE). 

Inna sprawa, że zawieszenie Glapińskiego niewiele by dało ekipie rządzącej, bo w obowiązkach zastąpiłaby go jego stronniczka, pierwsza wiceprezes NBP Marta Kightley. Powołanie nowego prezesa NBP (po ewentualnym negatywnym dla Glapińskiego wyroku Trybunału Stanu) wymagałoby zaś współpracy Sejmu z Pałacem Prezydenckim. O tym nie ma mowy dopóki rządzi tam Andrzej Duda, choć sytuacja zmieniłaby się diametralnie, gdyby wybory prezydenckie w 2025 r. wygrał np. kandydat Koalicji Obywatelskiej.

Wiele emocji o płacę minimalną

Mnóstwo emocji w środowisku ekonomistów i przedsiębiorców wywołała deklaracja ministry rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszki Dziemianowicz-Bąk: "Proponujemy, żeby minimalne wynagrodzenie wynosiło 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia, to jest zgodne z dyrektywą Parlamentu Europejskiego". Część osób podejrzewała, że ministra się przejęzyczyła. Dyrektywa, którą musi wdrożyć Polska. mówi bowiem o 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia lub 60 proc. mediany wynagrodzeń (w polskich warunkach to mniej więcej podobne wartości). Ale nie - kolejnego dnia resort potwierdził, że rzeczywiście ma takie plany.

Można by szacować, że oznaczałoby to płacę minimalną w 2025 r. na poziomie aż około 5150 zł brutto (wobec 4242 zł obecnie i 4300 zł w drugim półroczu). Resort poinformował jednak, że w 2025 r. płaca minimalna będzie ustalana na dotychczasowych zasadach. Z pewnością skala podwyżki będzie znacznie mniejsza. Strona związkowa oczekuje wzrostu do 4650 zł brutto. Rząd może zaproponować mniej, ale nie mniej niż około 4510 zł.

I tak naprawdę na więcej niż te ciut ponad 4,5 tys. zł pracownicy raczej nie mają co liczyć. W piątek premier Tusk oznajmił, że rząd zaproponuje podniesienie płacy minimalnej w 2025 r. o konieczne minimum i ani grosza więcej. - Zaproponujemy podniesienie płacy minimalnej, tak jak mówi ustawa, czyli o blisko 5 proc. Taki obowiązek narzuca na nas właśnie ustawa, ale nie będziemy proponowali w żadnym wypadku wyższego skoku - orzekł premier dodając, że że trzeba w tej chwili bardzo "skoncentrować się na bezpieczeństwie małych i średnich firm w Polsce". Można się domyślać, że ministra Dziemianowicz-Bąk nie jest zachwycona takim postawieniem sprawy.

Jeśli chodzi o płacę minimalną na poziomie 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia, to Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej poinformowało media, że to wartość "o charakterze kierunkowym - powinniśmy do niej dążyć, ale nie jest ona obligatoryjna". Propozycja resortu wzbudza wiele emocji, bo już dziś płaca minimalna na poziomie około połowy przeciętnego wynagrodzenia (a w tym roku nawet więcej) to jeden z wyższych odsetków w UE.

embed

Z jednej strony mamy zdania mówiący o konieczności dalszego wspierania osób najmniej zarabiających, z drugiej, że siatki płac w Polsce się spłaszczają i część osób (lepiej wykształconych, z większym doświadczeniem czy odpowiedzialnością) traci przewagę w zarobkach. Liczba osób na płacy minimalnej w Polsce urosła w ostatnich trzech latach o ponad 100 proc. - z około 1,6 mln w 2021 r. do 3,6 mln obecnie.

Minister finansów Andrzej Domański poinformował, że temat płacy minimalnej będzie omawiany na najbliższym posiedzeniu Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Po piątkowej twardej deklaracji Tuska ws. płacy minimalnej w 2025 r. trudno być optymistą jeśli chodzi o plany Dziemianowicz-Bąk.

Polska 2050 nie poprze kredytu 0 procent

Nigdy więcej programów typu Bezpieczny Kredyt, który wzbogacił deweloperów w metropoliach i doprowadził do wzrostu cen w całej Polsce. Polska 2050 nie poprze kredytu zero procent

- powiedział w weekend Szymon Hołownia. Bez poparcia jego ugrupowania program #naStart (popularny "kredyt zero procent"), nad którym w Ministerstwie Rozwoju i Technologii prace toczą się od miesięcy, nie ma szans na wejście w życie - no chyba że poprze go PiS. Hołownia zapowiedział natomiast głosy za wsparciem społecznego budownictwa mieszkaniowego. 

Nie broniąc koncepcji kolejnego programu dopłat do rat kredytów, wydaje się, że stawianie znaku równości między Bezpiecznym Kredytem 2 procent i "kredytem zero procent" nie jest w pełni uzasadnione. W ramach pierwszego w nieco ponad pół roku skumulowano sprzedaż blisko 80 tys. kredytów. W kredycie #naStart założono m.in. limit 15 tys. przyznanych preferencyjnych kredytów na kwartał oraz rozpisanie programu aż do końca 2027 r. To powinno "rozsmarować" popyt na kredyty (a więc i mieszkania) na dłuższy okres. Powinno dać też więcej czasu, aby za podkręcanym popytem szła wzmożona podaż nowych mieszkań. Resort rozwoju i technologii przekonuje także, że skomplikowany system wyliczania dopłaty do raty (w zależności od m.in. liczby domowników, dochodów gospodarstwa domowego oraz wielkości kupowanej nieruchomości i jej lokalizacji, a być może też jej ceny) ma odsiać osoby, które wsparcia nie potrzebują. Były już minister rozwoju i technologii Krzysztof Hetman mówił, że do projektu wprowadzono "wszystkie możliwe bezpieczniki, aby uniknąć wzrostów cen". Mimo wszystko wygląda na to, że plan zawisł na włosku. 

Tymczasem najnowsze dane Biura Informacji Kredytowej wskazują, że w kwietniu banki udzieliły 16,4 tys. kredytów mieszkaniowych. To mniej niż na przełomie 2023 i 2024 r., gdy ruch w "hipotekach" był napędzany przez Bezpieczny Kredyt 2 procent (wtedy miesięcznie banki udzielały po 20-25 tysięcy kredytów), ale jednak wyraźnie więcej niż np. rok temu (niecałe 10 tys. w kwietniu 2023 r.). Spodziewano się, że bez dopalacza w postaci BK2% i w oczekiwaniu na "kredyt zero procent" rynek kredytowy zamrze, ale tak się nie stało. Według BIK, znaczenie ma być wyższa zdolność kredytowa: rosnące wynagrodzenie i mimo wszystko niższe niż przed rokiem stopy procentowe.

Jeśli chodzi o podaż mieszkań, to najnowsze dane GUS wskazują, że z tą bieżącą wciąż szału nie ma (w kwietniu deweloperzy oddali do użytkowania niecałe 9,8 tys. mieszkań, mniej niż rok temu o 4 proc.), ale ta przyszła - widoczna dziś w rozpoczętych budowach - wyraźnie się poprawia. Wprawdzie akurat w kwietniu odnotowano pierwszy od kilku miesięcy spadek miesiąc do miesiąca, ale tendencja jest generalnie zwyżkowa. Co ciekawe, ekonomiści PKO BP piszą, że "nieznaczny spadek liczby rozpoczynanych budów potencjalnie można wiązać z niepewnością związaną z programem #NaStart". Słowem, subtelnie sugerują, że w razie zawieszenia prac nad "kredytem zero procent" wzrost podaży mieszkań w Polsce może przyhamować. To oczywiście gdybanie, ale kto wie, który scenariusz byłby bardziej "wzrostogenny" dla cen mieszkań: mniejszy popyt (bo bez preferencyjnego kredytu), ale dostosowywana do niego ograniczona podaż kolejnych mieszkań, czyli wyższy popyt i szybszy wzrost liczby nowych lokali. 

embed

Inne informacje:

* Po posiedzeniu Senatu, do podpisu prezydenta trafiły ustawy dotyczące programu Aktywny Rodzic (500/1500 zł miesięcznie na dziecko w wieku 1-3 lat), "wakacji od ZUS" dla samozatrudnionych (zwolnienie ze składek społecznych raz w roku) oraz przesunięcia terminu wdrożenia Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF) z lipca br. na luty 2026 r. 

* Senat wprowadził też poprawkę (a Sejm już ją zaakceptował) do projektu ustawy dotyczącego cen energii, gazu i ciepła od lipca. Chodzi o zwolnienie w drugiej połowie 2024 r. gospodarstw domowych z opłaty mocowej. To koszt kilkunastu złotych miesięcznie. Więcej o tej poprawce w tekście pod tym linkiem. Projekt też czeka już tylko na podpis prezydenta. Zmiana powinna obniżyć inflację w drugiej połowie roku o około 0,4 punktu procentowego (choć z kolei o tyle ją podnieść w 2025 r., gdy znów się pojawi na rachunkach).

* Wskaźnik dzietności w Polsce w 2023 r. wyniósł 1,158 - podał GUS. To najmniej w historii. W największym skrócie oznacza to, że gdyby statystyki urodzeń z minionego roku by się utrzymywały, to kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego (15-49 lat) urodzi 1,16 dziecka. 

* Zysk netto Orlenu spadł w pierwszym kwartale 2024 r. do 2,79 mld zł, z 9,15 mld zł rok wcześniej. Te 2,79 mld zł to najmniej od dwóch lat. Wprawdzie niektórzy eksperci zauważają, że taki gwałtowny spadek to m.in. efekt konieczności uiszczenia podatku od nadmiarowych zysków w kwocie 8 mld zł, to rynek wyników płockiego koncernu nie przyjął z estymą i na warszawskiej giełdzie akcje spółki potaniały o blisko osiem procent.

embed

* Ministerstwo Finansów poinformowało, że od 2026 r. w Polsce będzie działać Rada Fiskalna. Nie będzie ona wprawdzie decyzyjna (w przeciwieństwie np. do Rady Polityki Pieniężnej), niemniej ma w sposób niezależny recenzować politykę fiskalną rządu. 

Mikołaj Fidziński
Więcej o: