Główny Urząd Statystyczny podaje, że w sierpniu zwolnienia grupowe ogłosiło kolejnych 27 firm. To o 5 więcej niż w lipcu i o 7 więcej niż w tym samym okresie przed rokiem. Łącznie na koniec sierpnia aż 161 przedsiębiorców złożyło deklaracje dotyczące zwolnień grupowych, które miały objąć w sumie 19,8 tys. osób. To najgorszy wynik od dwóch lat.
Robert Lisicki, dyrektor departamentu pracy w Konfederacji Lewiatan, mówi w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną", że takie wskaźniki świadczą o tym, że "w pewnych sektorach gospodarki wciąż nie dzieje się dobrze". Natomiast Grzegorz Kuliś, ekspert rynku pracy z BCC, dodaje, że powodem takiego stanu rzeczy w Polsce jest m.in. fatalna sytuacja gospodarki niemieckiej i pogrążanie się naszego zachodniego sąsiada w recesji. Niemcy to nasz główny partner handlowy. Kilka dni temu na Next.gazeta.pl pisaliśmy o niepokojących danych z polskiej gospodarki. Wynika z nich między innymi, że od kilku miesięcy pogłębia się deficyt w handlu towarami. W sierpniu wyniósł ponad 2,2 mld euro. Do takiej sytuacji w dużej mierze przyczynia się właśnie zła kondycja gospodarki niemieckiej, która "ciąży polskiemu eksportowi". Grzegorz Kuliś dodaje, że spadek zamówień w Niemczech wyniósł niemal 6 proc. i spodziewane jest tam bankructwo 20 tys. firm.
Zdaniem eksperta rynku pracy z BCC bezrobocie w Polsce rośnie, i to szybciej niż wynika z oficjalnych danych. Grzegorz Kuliś podkreśla, że na rynku "mamy przecież mniej cudzoziemców", ponieważ z powodu zmian proponowanych przez rząd powoli zamykają się "migracyjne drzwi". Dodaje, że przez długie lata rynek pracy bronił się przed wzrostem bezrobocia, ale "nadszedł czas korekty i powinniśmy przygotować się na zmiany w tym zakresie". - Pytanie tylko jak głębokie. Niewykluczone, że to koniec rynku pracownika - ocenia Grzegorz Kuliś. Natomiast Grzegorz Lisicki uważa, że dane o zwolnieniach grupowych odzwierciedlają zapowiedzi firm, które jednak w praktyce nie muszą zostać zrealizowane. "Finalnie więc liczba zwolnionych może być mniejsza. I tak, według przedstawicieli powiatowych urzędów pracy (PUP), na razie się dzieje, co może wskazywać na przyjęcie przez wielu pracodawców pozycji wyczekującej" - czytamy w DGP.