Co się dzieje w Chinach? "Moim zdaniem dane statystyczne są niewiarygodne"

Maria Mazurek
- Są przykłady farm wiatraków albo solarnych, które wybudowano, ale nigdy nie podłączono do systemu energetycznego - chodziło wyłącznie o napędzenie wzrostu gospodarczego poprzez inwestycje - mówi Michał Bogusz z OSW.
Chiny, widom na Szanghaj, zdjęcie z lutego 2022 r.
Fot. REUTERS/Aly Song

Maria Mazurek, Next.gazeta.pl: Gospodarka Chin mocno przyspieszyła. W ostatnim kwartale zeszłego roku PKB wzrósł o 5,4 proc. rok do roku, co oznacza, że za cały rok będzie na poziomie 5 proc. Czyli zgodnie z celem zakładanym przez chińskie władze. Nie mogło być inaczej? 

Michał Bogusz, analityk OSW: Wiadomo było z góry, jakie te dane będą. Partia to przewidziała - miało być około 5 proc. w całym roku i jest. W Narodowym Biurze Statystycznym spadłyby głowy, gdyby stało się inaczej.

Chyba jednak Pekin nie ma wyłącznie powodów do zadowolenia. W gospodarce nie wszystko idzie tak, jak powinno, mimo że cel wzrostu PKB zostanie osiągnięty.

Tyle że on nie zostanie osiągnięty. Moim zdaniem od kilku lat dane statystyczne z Chin są niewiarygodne. Kiedyś rzeczywiście było tak, że kiedy partia wyznaczała cel dla gospodarki, lokalne władze działały tak, żeby ten cel osiągnąć, wygenerować wzrost PKB. Często były to działania na zasadzie: wykopmy dół, żeby go potem zasypać - tylko po to, by dać ludziom zatrudnienie, by coś się działo. Są przykłady farm wiatraków albo solarnych, które wybudowano, ale nigdy ich nie podłączono do systemu energetycznego - chodziło wyłącznie o napędzenie wzrostu gospodarczego poprzez inwestycje. Były w Chinach takie lata, kiedy 50 proc. PKB przeznaczano na inwestycje. Moim zdaniem to już się skończyło, od pandemii Chińczycy nawet nie próbują już tego robić.

Rhodium Group opublikował na koniec zeszłego roku raport, w którym wskazuje, że wskaźniki gospodarcze podawane przez chińskie Narodowe Biuro Statystyczne rozjeżdżają się ze sobą. W normalnie funkcjonującej gospodarce nie byłoby to możliwe. Te dane są także moim zdaniem niewiarygodne.

Czytaj też: Wielki kraj, cenne surowce i kluczowi sąsiedzi. Kazachstan mocniej wchodzi do globalnej gry

No to po co w takim razie wprowadzane są wyczekiwane, w tym przez rynki finansowe, programy wsparcia dla chińskiej gospodarki?

To nie są żadne programy wsparcia, a jedynie przeksięgowanie długu. Chodzi o dług, który był ukryty w różnego rodzaju lokalnych wehikułach finansowych, spółkach tworzonych przez lokalne władze, które chciały zadłużenie wyrzucać poza swoje budżety. To tak narosło, stało się tak dużym obciążeniem, że władze centralne postanowiły coś z tym zrobić. Wyemitowały więc obligacje, na które w dużym uproszczeniu "przepisano" tamte długi lokalne.

Czyszczenie wcześniejszego bałaganu?

Tak to właśnie wygląda. I nie oznacza, że w systemie pojawią się nowe pieniądze, nie pojawi się nowy kapitał. Wyemitowane obligacje posłużą do przeksięgowania długu, który już istnieje. Inwestorzy dość szybko się w tym zorientowali i rynkowy entuzjazm po kilku dniach od ogłoszenia programu stymulującego wyraźnie osłabł.

W tym tygodniu pojawiły się też dane o bilansie handlowym. Wynika z nich, że Chiny za zeszły rok odnotowały rekordową nadwyżkę handlową, czyli przewagę eksportu nad importem - blisko 1 bln dolarów. Ten eksport chińskich towarów wzrósł bardzo silnie. Czy Chiny podbijając eksport pod koniec roku, szykują się na zapowiadane cła i wojnę handlową ze Stanami Donalda Trumpa?

Proszę pamiętać, że chodzi tutaj o poziom nominalny nadwyżki, który wynika także z inflacji na świecie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Niemniej firmy, spodziewając się działań Donalda Trumpa, porobiły sobie w Chinach zapasy. Ale to oznacza też, że teraz będą te zapasy wyprzedawać, a zanim to zrobią, chiński eksport nie będzie zapewne przez jakiś czas już tak szybko rósł.

Czy nasilenie wojny handlowej to realne ryzyko? Jak Chiny do tego podchodzą? Donald Trump wydaje się nieco bardziej ogólnikowo wypowiadać na ten temat, niż jeszcze kilka tygodni temu.

Prawda jest taka, że nikt nie wie, co się wydarzy. Donald Trump jest dużym czynnikiem niepewności. Chiny przez ostatnich kilka lat przygotowywały się na odpowiedź na amerykańską presję w przestrzeni technologicznej. A teraz przyjdzie Trump i może się okazać, że ta presja technologiczna dalej będzie, a do tego USA może dorzucą cła na inne produkty.

Tymczasem gospodarka chińska wisi na eksporcie, choć wbrew pozorom to w miarę nowe zjawisko. Wcześniej, przez 30 lat, wcale tak nie było. Eksport był, owszem, ważnym elementem, który pozwalał bilansować gospodarkę, ale tym, co ją napędzało, były inwestycje. Na początku infrastrukturalne, a potem na rynku nieruchomości, które w końcu urosły do bańki. Eksport stał się bardzo istotny, kiedy jednocześnie zaczęła pękać bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości i przyszedł COVID. Gdyby Trumpowi udało się uderzyć w eksport jako taki, niekoniecznie w same technologie, to by mocno zabolało Pekin i mogłoby wstrząsnąć chińską gospodarką, dlatego, że ona stała się mocno uzależniona od eksportu.

Z rozwojem technologii, o której pan wspomniał, jest mocno związana inna, nośna coraz bardziej kwestia, dotycząca zapewnienia odpowiednich surowców i minerałów. Chiny coraz mocniej są tutaj obecne, wymieniane są także w kontekście ostatniej awantury o Grenlandię i zapowiedzi Trumpa o chęci kupienia od Danii wyspy posiadającej zasoby np. metali ziem rzadkich. Jak to wygląda z perspektywy Chin, bo jest to też element pewnego napięcia na świecie?

W tym przypadku ważne jest nie tylko wydobycie, ale i rafinacja. Można ją robić na dwa sposoby: czysty, ale droższy albo brudny i tańszy. Chiny wybrały drugą opcję i w ten sposób zdominowały rynek. Przy czym w przypadku niektórych z tych minerałów Chińczycy wcale nie wydobywają ich najwięcej, ale za to na potęgę rafinują surowce importowane z państw globalnego południa. Ważna jest też tutaj tania energia, którą Chiny też mają - niekoniecznie czystą.

Joe Biden, odchodzący prezydent USA, powiedział, że chińska gospodarka nigdy nie przeskoczy amerykańskiej. Tak będzie?

We wspomnianym już powyżej przeze mnie raporcie Rhodium Group analitycy dowodzą, że w ostatnich trzech latach wzrost gospodarczy Chin był o około 3 punkty procentowy niższy niż podawany oficjalnie. Czyli zamiast podawanych 5 proc. tak naprawdę było 2 proc. Ja się z tym zgadzam, moim zdaniem dane chińskiego urzędu statystycznego są zawyżane. Chińska gospodarka jest moim zdaniem w innym miejscu w gonieniu Zachodu, niż się wielu wydaje. Ten dystans jest o wiele większy, a przy tym dynamika wzrostu jest niższa niż oficjalnie podawana. Więc tak, w przewidywalnej perspektywie chińska gospodarka nie przegoni amerykańskiej. Unikałbym jednak słowa "nigdy". 

A co się dzieje wewnątrz kraju? Z innych danych, np. o sprzedaży detalicznej, która nie rośnie zbyt dynamicznie, albo z bardzo niskiej inflacji wynika, że konsumenci nie chcą wydawać pieniędzy. Popyt z tej strony w Chinach jest wciąż mały.

Chińczycy nie mają czego wydawać. Tamtejsze gospodarstwa domowe mają do swojej dyspozycji o wiele mniejszą część PKB niż gospodarstwa w zachodnich społeczeństwach. Wydatki konsumpcyjne gospodarstw domowych w Chinach stanowiły 38 proc. PKB w porównaniu do 54 proc. w Japonii - różnica 16 punktów procentowych PKB i 68 proc. w Stanach Zjednoczonych - różnica 30 punktów procentowych PKB. Żeby konsumpcja mogła się w Chinach rozwijać, obywatelom trzeba by zapewnić usługi publiczne. Jeśli oni muszą odkładać jedną trzecią, a nawet połowę pensji na starość albo czas choroby i leczenie, to trudno jest z tego wydawać na więcej niż niezbędną konsumpcję. Poza tym, banki w Chinach nie udzielają tak powszechnie kredytów konsumpcyjnych jak w Europie czy tym bardziej w USA. Chiński konsument wciąż relatywnie mało zarabia. Choć żyje mu się lepiej niż 20 czy 30 lat temu, to dynamika tej poprawy w ostatnich latach spadała i jest to odczuwalne.

Czytaj też: Niemcy w recesji. "I to wcale nie koniec problemów. "Jedna rzecz jest zaskakująca"

A czuć tam rozczarowanie społeczne, widać je?

Jest kilka trendów. To są zmiany kulturowe, pokoleniowe. Młodzi ludzie nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów i są przeciążeni. Po dwóch pokoleniach polityki jednego dziecka w rodzinie okazuje się, że ci młodzi dorośli jedynacy mają często na głowie także utrzymanie rodziców i także dziadków. Relacje rodzinne są w Chinach silne, a brak zabezpieczeń społecznych sprawia, że ciężar opieki spada na tę jedną osobę. To tworzy poważne obciążenia psychiczne. Poza tym hamowanie dynamiki rozwoju gospodarczego sprawia, że jest coraz mniej miejsc pracy dla osób wykształconych. Tymczasem wykształcenie miało być przepustką do lepszego życia, było zdobywane często z dużym poświęceniem, inwestowali w nie rodzice i dziadkowie.

Równocześnie presja ideologiczna w ostatnich latach pod rządami Xi Jinpinga zaczyna odbijać się negatywną czkawką. Młodzi ludzie odrzucają obecny model, ale nie są w stanie zaprotestować w inny sposób niż poprzez wycofanie się. Pojawiła się cała subkultura tang ping - dosłownie: leżeć plackiem, której istotą jest nieangażowanie się. Inna subkultura shehuiren - dosłownie: ludzie uspołecznieni - to zazwyczaj ludzie urodzeni po 1995 roku i należący do niższych klas społeczeństwa. Często dzieci migrujących robotników, które nigdy nie miały większych szans na zdobycie wykształcenia i są skazane na nisko płatne, dorywcze prace w dużych ośrodkach miejskich. Krótko mówiąc to młodzi, wykluczeni z wielkich miast. Jej członkowie noszą często koszulki ze świnką Pepą. Obydwie te grupy nie angażują się za bardzo w życie - biorą pierwszą lepszą pracę, byle tylko się utrzymać, odrzucają ambicje, nie chcą zakładać rodzin. Kolejnym trendem, tym razem wśród młodych kobiet, jest niechęć do wychodzenia za mąż. Partia proponuje patriarchalny model rodziny, a młode kobiety, zdobywające wykształcenie już tego nie chcą. Nie bez znaczenia jest, że coraz trudniej w Chinach zdobyć rozwód - jest to mocno utrudnione administracyjnie. Dzieci poza związkiem małżeńskim w Chinach wciąż rzadko się zdarzają, więc to wszystko pogłębia kryzys demograficzny.

Partia jest zatem na tyle silna, że jedyne, na co ludzie mogą sobie pozwolić, to bierny opór. Nie angażowanie się, wyłączenie.

Czyli partia nie odczuwa żadnego oddolnego nacisku na zmianę polityki wewnętrznej, gospodarczej? Władze nie zmieniają kursu, nie przejmują się, że to, co robią, nie działa?

Pytanie, czy partia wie, że to nie działa. Nie wiemy, co ci, którzy podejmują decyzje wiedzą, a czego nie wiedzą. W momencie, gdy działacz partyjny wchodzi do władz prowincjonalnych, wchodzi w bańkę: oddaje prywatny telefon, mieszka na zamkniętym kampusie, sam nie kupuje sobie nawet jedzenia. Wszystkie informacje, które do niego docierają, są filtrowane przez system. Xi Jinping wszedł w tę bańkę pod koniec lat 90. ubiegłego wieku. Sekretarze generalni Komunistycznej Partii Chin radzili sobie z tym w przeszłości w różny sposób. Hu Jintao utrzymywał szeroką sieć znajomych z lat szkolnych i studiów, to byli zwykli ludzie. Jiang Zemin z kolei namiętnie oglądał CNN i śledził inne zachodnie media także po to, aby dowiedzieć się, co się dzieje w Chinach.

A co robi Xi Jinping?

Tego nie wiemy. Jego działania wskazują, że albo faktycznie jest izolowany i nie wyrobił sobie przez lata niezależnej sieci informacyjnej, albo ma jakiś dalekosiężny plan i uważa, że to, co się dzieje obecnie, jest nieuniknione, że teraz następuje bolesna acz konieczna korekta. Boję się, że to jest niestety ten drugi przypadek, boję się tego jego planu, ale nie ma oczywiście źródeł, by móc to z całą pewnością twierdzić.

Maria Mazurek
Więcej o: