Mija 13 lat od katastrofy w elektrowni Fukushima Daiichi. Katastrofy, która sprawiła, że Japonia (i nie tylko ona) zaczęła wycofywać się z energii jądrowej. Katastrofy, w której choć nikt nie zginął od promieniowania radioaktywnego czy wybuchu, to i tak w konsekwencji pojawiły się ofiary. Tak jak w przypadku Czarnobyla, cały incydent nie jest jednak czarno-biały, a składa się z wielu odcieni szarości, podobnych do koloru betonu, z którego buduje się charakerystyczne chłodnie kominowe elektrowni jądrowych. Historia Fukushimy to historia walki z żywiołem, jakiego tamtejszy świat nie widział, ale też historia zaniedbań, które są naszą codziennością i które mogły skończyć się znacznie gorzej.
Zwolennicy atomu łatwo mogliby wybronić wybuch w Fukushimie. Łatwiej nawet niż ten w Czarnobylu. W ZSRR wiadomo było, że popełniono błędy, typowe dla tamtego systemu. A w Japonii? Nie trzeba się nawet wysilać, by zrzucić wszystko na tsunami, które zniszczyło obiekt. 15-metrowa fala była skutkiem tego, co dziś znamy jako trzęsienie ziemi w Tohoku.
Osoby, które wybrałyby taką linię obrony mogłyby powiedzieć, że trudno zabezpieczyć się przed żywiołem, który postanowił zapisać się w historii i pochłonął niemal 20 tysięcy żyć. We współczesnej historii pomiarów tylko dwukrotnie odnotowaliśmy bowiem silniejsze drgania skorupy ziemskiej - w 1960 roku u wybrzeży Chile oraz w 1964 roku na Alasce. Poza tymi zdarzeniami, trzęsieniu ziemi w Tohoku dorównuje jedynie to z 2004, gdy Ocean Indyjski był targany przez 30-metrowe fale.
Dość powiedzieć, że ruchy tektoniczne u japońskich wybrzeży z 2011 roku, które miały magnitudę 9,1 w skali Richtera, poskutkowały przesunięciem się osi Ziemi o co najmniej 10 cm. NASA wyliczyła, że w skutek tego dzień skurczył się o 1,6 mikrosekundy. Uderzyła w nas więc katastrofa naturalna o dosłownie kosmicznym zasięgu. Czy człowiek może się temu w ogóle przeciwstawić? Choć odpowiedź przecząca kusi swoją prostotą, to nie byłoby to uczciwe przedstawienie sprawy.
Katastrofa w Fukushima Daiichi nie była jedynie skutkiem jednego z największych trzęsień ziemi. Japończycy wszak wiedzieli, że jest to region narażony na tego typu incydenty. Ba, byli nawet przygotowani na to, że tsunami może zniszczyć elektrownię. Ale tak jak w przypadku systemowych zaniedbań w Czarnobylu, typowych dla radzieckiego sposobu zarządzania państwem, tak w Japonii pojawiły się problemy, które w kapitalistycznej gospodarce są raczej zasadą, niż wyjątkiem od reguły.
"W kontekście elektrowni Fukushima Daiichi podkreślane są jej źródła w ludzkim błędzie, sięgającym korzeniami daleko wcześniej niż wydarzyła się katastrofa. To właśnie rynek, bardziej nawet niż rząd oraz poszczególni urzędnicy, wpłynął na dynamiczny od początku lat pięćdziesiątych rozwój technologii związanej z energetyką jądrową. Prywatne firmy z założenia miały być kontrolowane przez odpowiednie organy rządowe, w rzeczywistości jednak relacje pomiędzy władzą i rynkiem zostały tak silnie splecione, że nadzór stawał się fikcją" - tłumaczy w rozmowie z Next.gazeta.pl dr. Aleksandra Brylska, autorka kilku publikacji na temat Fukushimy.
W kontekście katastrofy w Fukushimie powracała kwestia niedopatrzeń popełnionych przez TEPCO i braku reakcji filmy na przedstawiony przed katastrofą raport o konieczności podniesienia falochronów. Przygotowane były one jedynie na tsunami o wysokości 10 metrów, a powinny zabezpieczać teren elektrowni przed falami o wysokości 15 metrów, czyli dokładnie takimi, jakie powstały w marcu 2011 roku
- komentuje naukowczyni.
"Trzeba pamiętać, że pierwsze informacje na temat tego, co się dzieje w Fukushimie Daiichi były przekazywane w sytuacji ogólnego chaosu i paniki związanej ze skutkami trzęsienia ziemi i tsunami. Chociaż sama awaria w elektrowni nie spowodowała ofiar śmiertelnych, to szybka i paniczna ewakuacja ludzi z terenów wokół kompleksu nuklearnego już tak. Wiele osób zmarło pod gruzami budynków, ponieważ nie zdążono ich na czas uratować - wszyscy byli skupieni na ewakuacji" - mówi dr. Aleksandra Brylska.
Zaniedbania te doprowadziły do postawienia przed sądem byłego prezesa Tokyo Electric Power (operatora elektrowni) Tsunehisy Katsumaty oraz jego zastępców - Sakae Muto i Ichiro Takekuro. Mężczyzn oskarżono o niepodjęcie wymaganych środków zaradczych przeciwko tsunami, co kosztowało życie 44 osób, zmarłych podczas ewakuacji. W 2019 roku mężczyźni zostali uniewinnieni.
Kwestia ofiar awarii Fukushimy jest złożona. Samo tsunami i trzęsienie ziemi z marca 2011 roku pochłonęło 19,5 tysięcy istnień. Jeśli chodzi natomiast o elektrownię, to mimo wybuchu nie było ofiar śmiertelnych. Promieniowanie również zdołano opanować na tyle, że dzięki ewakuacji okolicznej ludności nie było bezpośrednich ofiar śmiertelnych radiacji. Ale takie katastrofy i tak zbierają żniwo, nawet jeśli nie jest ono bezpośrednio związane z zagrożeniem, jakie niesie energia jądrowa.
Z raportu World Nuclear Association wynika, że z katastrofą Fukushimy powiązano 2313 zgonów, wśród osób które były ewakuowane i które nie były powiązane z promieniowaniem, samym trzęsieniem ziemi, ani tsunami. Ale aż 90 proc. zgonów to osoby powyżej 66. roku życia. 30 proc. ofiar zmarło w trzy miesiące po ewakuacji, reszta w ciągu dwóch lat. "Przedwczesne zgony spowodowane klęskami żywiołowymi były głównie związane z chorobami fizycznymi i psychicznymi wynikającymi z konieczności przebywania w schroniskach oraz traumą związaną z koniecznością opuszczenia placówek opiekuńczych i domów; oraz z opóźnieniami w uzyskaniu potrzebnej pomocy medycznej z powodu ogromnych zniszczeń spowodowanych trzęsieniem ziemi i tsunami" - czytamy w raporcie stowarzyszenia promującego rozwój energetyki jądrowej. Zestawiono w nim też te 2313 zgonów z 40 tysiącami osób, które ewakuowano z prefektury Fukushima i które w 2020 roku wciąż żyły.
Dobę po trzęsieniu w reaktorze numer 1 Fukushimy Daiichi doszło do nagromadzenia wodoru i eksplozji. Choć udało się uniknąć ofiar śmiertelnych wśród ludzi, to nie pozostało to bez wpływu na środowisko. Trudno się zresztą dziwić, bo to druga w historii, po Czarnobylu, awaria którą oznaczono siódmym, najwyższym, stopniem w międzynarodowej skali zdarzeń jądrowych. Ostatecznie rdzenie stopiły się w aż trzech reaktorach.
W następstwie wybuchu reaktory do dziś trzeba chłodzić wodą. Tej nie brakuje, w końcu Fukushima leży nad oceanem. Z tego powodu codziennie powstaje jednak 130 ton skażonej wody, która jest oczyszczana i składowana w specjalnych zbiornikach, w których zgromadzono ponad milion ton napromieniowanej cieczy. Dopiero w ubiegłym roku rozpoczęto jej utylizację do oceanu. Nie obyło się bez protestów i sprzeciwu ze strony Chin oraz Korei Południowej. Premier Japonii Fumio Kishida i trzej ministrowie na dowód, że nie jest to szkodliwe, zjedli przed kamerami owoce morza wyłowione w prefekturze Fukushima, aby pokazać, że są "bezpieczne i pyszne". Agencja AP w sierpniu ubiegłego roku podawała jednak, że ok. 70 proc. już oczyszczonej wody wciąż zawiera cez i inne izotopy promieniotwórcze w ilościach, które nie pozwalają na wypuszczenie jej do środowiska. W samej elektrowni w 2017 roku promieniowanie było tak duże, że nawet roboty nie dawały rady. Maszyna Toshiby wytrzymała pięciokrotnie mniej czasu, niż planowano.
Dziś jednak sytuacja jest znacznie lepsza i promieniowanie spadło do poziomu, który pozwala pracownikom zajmującym się dekontaminacją chodzić w zwykłej odzieży i maskach po 96 procentach terenu elektrowni. A na początku nie dało się nigdzie wejść bez specjalistycznego sprzętu ochronnego - mówił dla South China Morning Post Naoto Iizuka, dyrektor technologiczny w firmie, które sprząta po katastrofie. Jak dodał, żeby doprowadzić obiekt do tego stanu, trzeba było włożyć wiele pracy. Zainwestowano m.in. 324 mln dolarów w "budowę" bariery, który odgradza elektrownię od gleby i zapobiega przedostawaniu się zanieczyszczeń do wód gruntowych. W tym celu na głębokość 30 metrów wprowadzono 1,5 tys. rur z solanką, które schłodzono do -30 st. C, tworząc z zamarzniętej gleby mur. Umożliwiło to czterokrotne zmniejszenie ilości wody potrzebnej do chłodzenia reaktorów (z 540 ton do 130 ton wody dziennie). Sytuacja jest dziś na tyle dobra, że większość mieszkańców prefektury Fukushima może już wrócić do domów (inną kwestią jest to, że niewiele osób z tego korzysta, bo zdążyły ułożyć sobie życie w innym miejscu).
Choć, jak już wytłumaczyliśmy, główne powody awarii Fukushimy to katastrofa naturalna oraz zaniedbania ze strony człowieka, to i tak wybuch elektrowni jądrowej był paliwem dla ruchów antyatomowych. Trudno się zresztą dziwić, bo nawet jeśli bezpośrednio od promieniowania nikt nie zginął, to trzeba zadać sobie pytanie, na ile był to łut szczęścia? Szczególnie, że zaniedbania mogły prowadzić do znacznie gorszych skutków tej eksplozji.
Tuż po wybuchu japoński rząd zdecydował, że wycofa się z energii jądrowej do 2030 roku. "Wypływające po awarii w Fukushimie Daiichi informacje dotyczące błędów i niedopatrzeń zintensyfikowały istniejące od lat pięćdziesiątych nastroje antynuklearne (zarówno jeśli chodzi o broń jądrową jak i samą energię). Źródłowo postawy te związane były z doświadczeniem i zbiorową pamięcią o atakach atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Jednakże w przypadku marca 2011 roku głównym punktem odniesienia dla japońskiego społeczeństwa stała się awaria w elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Wiązało się to z pamięcią o zagrożeniu płynącym z produktów spożywczych, które prawdopodobnie były radioaktywne, importowanych w tym czasie do Japonii z Europy" - komentuje to dr Aleksandra Brylska.
Dr. hab. Krzysztof Stefański z wydziału orientalistyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w odpowiedzi na pytania Next.gazeta.pl zwraca uwagę na panikę, które zawładnęła wówczas nastrojami społecznymi: "Uważam, że zasadniczymi powodami tego zjawiska były ignorancja oraz irracjonalność myślenia. W sytuacji kompletnej niewiedzy nt. zjawisk fizycznych, leżących u podstaw energetyki jądrowej oraz znikomej wiedzy nt. skutków biologicznych kontaktu z promieniowaniem, z łatwością można wywołać atmosferę wielkiego zagrożenia, a w tym 'dziele' z pewnością dużą i negatywną rolę odegrały media" - mówi autor publikacji "Energetyka jądrowa po Fukushimie: lekcje i fobie ".
"Rzecz w tym, że skala obaw bardzo często ma niewiele wspólnego z rzeczywistą skalą zagrożenia, co jest oczywiście 'nierozumne'. Bliżej nieokreślone zagrożenie ze strony izotopów promieniotwórczych, które wydostały się z uszkodzonej elektrowni, poskutkowało masowymi żądaniami zupełnej rezygnacji z energetyki jądrowej, co jest absurdem nie tylko z powodów ekonomicznych. Jakoś bowiem nie widać masowego ruchu na rzecz wprowadzenia zakazu używania samochodów, chociaż liczba wszystkich ofiar napromieniowania - z których przytłaczającą większość stanowią nie ofiary awarii elektrowni atomowych, ale ci, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w Hiroshimie 6 sierpnia lub w Nagasaki 9 sierpnia 1945 r. - jest kilkukrotnie mniejsza niż liczba ofiar wypadków drogowych na świecie w ciągu roku (jest to liczba rzędu 1 miliona). Sytuacja jest zatem niewiele mniej absurdalna niż żądanie ze strony skazańca, by przed egzekucją zdezynfekować ostrze gilotyny, bo boi się zakażenia. Odpowiedzi na pytania o źródła takich 'absurdów' można poszukać w książce Daniela Kahnemana: 'Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym'" - mówi dr habilitowany Krzysztof Stefański.
Od jakiegoś czasu na całym świecie trwa jednak atomowy renesans, który jest poniekąd skutkiem odcięcia się do rosyjskich ropy i gazu. Najlepszym tego dowodem jest podpisana podczas szczytu klimatycznego COP28 przez 22 kraje deklaracja, w której zobowiązano się trzykrotnie zwiększyć moce w światowym atomie. Wśród sygnatariuszy była też Japonia, która zmieniła kierunek i do końca dekady zamiast całkowicie wycofać się z atomu, chce by jego udział w miksie energetycznym kraju wynosił 20-22 proc.
Dla mnie najważniejsze jest, jakie wnioski wyciągnęła z tego wydarzenia Japonia - kraj ten przepracował swoje lęki, spojrzał na sprawę racjonalne i wraca do atomu, włączając ponownie wygaszone w 2011 roku elektrownie. Japończycy wiedzą, że energia jądrowa jest nam bardzo potrzebna
- komentuje dla Next.gazeta.pl Jakub Wiech, ekspert od energetyki.
Trzeba liczyć na to, że po Czarnobylu i Fukushimie rządy na całym świecie wyciągnęły wnioski co do sposobów zarządzania elektrowniami jądrowymi. Bo nawet przy wadliwych systemach bezpieczeństwa, Czarnobyl i Fukushima nie były katastrofami, których liczba ofiar powinna przerażać. Samo trzęsienie ziemi w Tohoku zabrało kilka razy więcej osób niż oba wybuchy w elektrowniach atomowych razem wzięte. Jak mówił Next.gazeta.pl Dariusz Aksamit, fizyk medyczny i popularyzator nauki, najważniejszy wniosek z tej awarii jest taki, że "dozór jądrowy musi być w kraju mającym energetykę jądrową silny i niezależny, zarówno od polityki, jak i od przemysłu". - To musi być niezależny urząd, który ma prawo np. wydawać dekrety czy nakładać sankcje, a nie musi zgłosić się do władz, które dopiero coś zmienią - stwierdził.
Wbrew pozorom Fukushima nie była więc tak wielką tragedią, jaką mogłaby być, biorąc pod uwagę splot okoliczności, na co zwrócił uwagę publicysta i filozof Tomasz Markiewka. "Brytyjski dziennikarz George Monbiot powiedział kiedyś, że katastrofa w Fukushimie była dla niego punktem zwrotnym. Z osoby, która miała neutralny stosunek do energii jądrowej, stał się... jej zwolennikiem. Właśnie dlatego, że mimo niesprzyjającego zbiegu tylu okoliczności, trzęsienia ziemi i tsunami, problemy w Fukushimie nie doprowadziły do żadnego kataklizmu. Większość ludzi nie myśli jednak w ten sposób. Fukushima była wydarzeniem medialnym, do ludzi dotarła informacja, że coś złego się wydarzyło, natychmiast skojarzyli to z Czarnobylem i doszli do wniosku, że 'oto dlaczego elektrownie jądrowe są tak niebezpieczne'. Informacja o tym, że systemy bezpieczeństwa okazały się ostatecznie skuteczne, a kolejne badania nie potwierdziły, aby ludzie ucierpieli, już taka medialna nie była. Większość ludzi więc nawet o tym nie wie. Tak samo jak o tym, że na dłuższą metę elektrownie węglowe są o wiele bardziej niebezpieczne niż jądrowe. Dane statystyczne przegrywają z medialną efektywnością" - podsumował w rozmowie z Next.gazeta.pl.