Powrót do ostrzejszych restrykcji jest przesądzony. "Trzeba szykować się na słaby start w 2021 rok"

Rekordy zakażeń, których wydaje się nic nie zatrzymywać, coraz więcej zgonów chorych na COVID-19, służba zdrowia miejscami na granicy wytrzymałości - to sprawia, że powrót ostrzejszych restrykcji jest przesądzony. Obok pytania o ich skalę pojawia się jeszcze jedno: jak wpłyną na podnoszącą się z recesji gospodarkę. Wątpliwości jest sporo, a wśród nich my: konsumenci i nasze zachowania.
Zobacz wideo Czy druga fala kryzysu uderzy w rynek pracy?

W czwartek po południu 15 października premier Mateusz Morawiecki i minister zdrowia Adam Niedzielski "przedstawią dalsze działania w związku z rozwojem pandemii" - zapowiedział rano w TVN24 Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Konferencja odbędzie się po posiedzeniu sztabu kryzysowego i po podaniu informacji o nowych, wykrytych zakażeniach koronawirusem. Ten sam minister Dworczyk sugerował, że zobaczmy nowy rekord i ten rekord padł - 8099 przypadków, w dwóch województwach - mazowieckim i małopolskim - ponad 1300

Koronawirus. Rząd szykuje nowe obostrzenia?

W czerwonej strefie może znaleźć się już ponad 100 powiatów, w tym duże miasta (to z kolei zapowiadał rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia). Na razie są w niej Grudziądz, Sopot, Piotrków Trybunalski, Suwałki, Kielce i Koszalin, a z ostatnich danych o zakażeniach można wnioskować, że dołączy do nich m.in. Warszawa. Na Twitterze pojawiły się robocze wyliczenia jednego z obserwujących oficjalne dane o zakażeniach. Z wyliczeń tych wynika, że do czerwonej strefy może wpaść ponad 150 powiatów - to już rodzi pytania, czy cała Polska nią nie zostanie (podobnie jak tydzień wcześniej żółtą).

RMF FM podaje, powołując się na swoje informacje, że wszystkie duże miasta mają znaleźć się w czerwonej strefie. Do tego ponad 300 tysięcy osób jest na kwarantannie. Nie wszyscy z nich to pracownicy, którzy nie mogą wykonywać swojej pracy zdalnie, ale część z nich z pewnością tak. 

Zobacz także: Koronawirus. Rośnie liczba zajętych respiratorów i łóżek [MONITORUJEMY SYTUACJĘ]

Mały lockdown zatem już w zasadzie mamy. Z niewielkimi jak na razie restrykcjami, ale wydaje się pewne, że zostaną one poszerzone. Na potencjalnej liście - według nieoficjalnych doniesień i spekulacji ekonomistów - może znaleźć się zamknięcie części szkół (chodzi o starsze dzieci i młodzież), ograniczenia dotyczące imprez masowych i rodzinnych (wesela) i ograniczenia dotyczące sklepów i restauracji. Możliwość wprowadzania kolejnych obostrzeń wspiera najnowsze badanie CBOS, z którego wynika, że przybyło zwolenników takich działań. A niewygodne dla obywateli decyzje łatwiej podejmować przy większej akceptacji społecznej dla nich (i zapewne wtedy jest też większa szansa na ich skuteczność). 

Pełnego lockdownu, takiego jak na wiosnę, w tym momencie eksperci się nie spodziewają, ale to nie znaczy, że wpływu na gospodarkę nie będzie. I ekonomiści piszą o tym wprost.

Pandemia, restrykcje i PKB

mBank zestawił restrykcje wprowadzone wiosną z tymi obowiązującymi teraz, co może być wskazówką co do tego, które obostrzenia zostaną teraz przywrócone.

Zdaniem banku rząd będzie jednak mocno koncentrować się na tym, by wpływ takich obostrzeń na gospodarkę był jak najmniejszy, zamknięcia całych branż, tak jak miało to miejsce podczas pierwszej fali koronawirusa, raczej nie będzie. "Uważamy, że nadal podejście do obostrzeń będzie koncentrowało się na działaniach chirurgicznych (celowanie w konkretne aktywności, branże i regiony), a nie masowych" - piszą ekonomiści. 

Czytaj też: Godziny dla seniorów powróciły. Skorzysta z nich więcej osób. Gdzie i kogo obowiązują?

Jednak nawet takie chirurgiczne, ograniczone restrykcje będą mieć wpływ na konsumentów. Po pierwsze realny: przy ograniczeniach dotyczących imprez i innej aktywności "pozapracowej" będziemy wydawać mniej. "Tym niemniej konsumenci i firmy znów ograniczą wydatki na nowej fali niepewności. Jako że nie spodziewamy się silnych efektów, trzymamy prognozę wzrostu na ten rok bez zmian. Czarne chmury zbierają się jednak nad rokiem 2021, gdyż zwiększona fala zakażeń, restrykcji i samoograniczania się potrwa pewnie kilka miesięcy (mniej dotkliwe ograniczenia -> konieczność utrzymania ich dłużej, dłużej czeka się na efekty). W obecnej sytuacji celowalibyśmy we wzrost bliżej 4 niż 5 proc." - prognozuje mBank. "Efekt gospodarczy będzie widoczny, trzeba szykować się na słaby start w 2021 rok" - zaznacza w twitterowym wpisie z czwartkowego poranka.

Ekonomiści innych banków także spodziewają się, że pandemia koronawirusa mocniej obciąży gospodarkę w czwartym kwartale i osłabi przyszłoroczne odbicie. Pekao SA podkreśla, że druga fala pojawiła się wcześniej, a ograniczenia z nią związane będą rzutować na aktywność gospodarczą.

W obecnym, czwartym kwartale, PKB skurczy się w porównaniu z trzecim kwartałem tego roku. "Roczna dynamika w IV kw. osunie się w kierunku -4 proc." - piszą eksperci. To oznacza obniżenie wcześniejszych oczekiwań, co zresztą zaznaczał główny ekonomista Pekao SA w niedawnej rozmowie z Next.gazeta.pl.

"My naszą prognozę - czyli spadek PKB o 2,4 proc. w tym roku - podtrzymujemy. W samym czwartym kwartale gospodarka jednak się cofnie, rok do roku spadek PKB naszym zdaniem wyniesie 2 proc., a z tego, co widać teraz, ryzyka dla tego kwartału są w dół. Przede wszystkim efekty tarcz antykryzysowych materializowały się w drugim i trzecim kwartale, teraz już wygasają. W kolejnych miesiącach oczekujemy jednak pogorszenia sytuacji na rynku pracy, choć na tle europejskim polski rynek pracy odznacza się pozytywnie" - wyjaśniał Ernest Pytlarczyk. 

PKO BP z kolei pisze, że "wzrost liczby zakażeń koronawirusem w ciągu ostatnich kilku tygodni stawia pod znakiem zapytania dalszy przebieg odbicia gospodarki od pandemicznego dołka".

Zdaniem ekonomistów największego polskiego banku nie czeka nas powtórka z tak twardego gospodarczego lądowania i osłabienie aktywności gospodarczej będzie mniejsze niż wiosną. Niepewność jednak jest, szczególnie jeśli chodzi o to, jak będą kształtować się zachowania konsumentów i firm. PKO BP podkreśla, że to, jak mocno PKB Polski odczuje drugą falę, zależy od trzech czynników:

1. Tego, jak będzie wyglądać sytuacja na świecie, w tym przede wszystkim w Europie. Wpływa ona na popyt zagraniczny, a popyt ten jest, jak zaznacza PKO BP, "jednym z głównych motorów napędzających proces odbudowy krajowej gospodarki". Na razie nie ma ryzyka zamknięcia granic, co mogłoby zaszkodzić eksportowi z Polski.

2. Wpływu zakażeń i obostrzeń na nastroje i zachowania firm i konsumentów. Duże banki śledzą nasze zakupy kartowe i na tej podstawie mogą wnioskować co do zmiany naszego nastawienia do wydatków. Z danych PKO BP wynika, że obecnie widać wypłaszczenie w wydatkach, ale wyraźny, wykładniczy niemal wzrost zakażeń koronawirusem może "przestraszyć" konsumentów tak, że ograniczą zakupy i zaczną oszczędzać, podobnie jak firmy zresztą.

Pisaliśmy więcej na ten temat tutaj: Będzie "mini dobrowolny lockdown"? Strach jest kluczowy. A co z PKB? "Miało być lepiej, a nie jest"

3. Bezpośredniego wpływu kolejnych restrykcji na gospodarkę. Obecne (według stanu na czwartkowe przedpołudnie) czerwone strefy, czyli obszary, w których restrykcje są największe, obejmują obszar, w którym mieszka około 9 proc. i który odpowiada za około 5 proc. polskiego PKB. "Nie oznacza to jednak, że tworzenie takiej części krajowego PKB jest istotnie zagrożone. Obecne restrykcje mają marginalne bezpośrednie oddziaływanie na aktywność najważniejszych branż" - podkreśla PKO BP. Zdaniem ekonomistów banku, najważniejsze teraz jest, by utrzymała się aktywność w przemyśle i budownictwie. Branże takie jak turystyka, gastronomia czy usługi związane z kulturą i rekreacją, które najmocniej ucierpią w wyniku prawdopodobnych nowych obostrzeń, mają niewielki udział w wartości dodanej PKB.

PKO BP podtrzymuje swoją prognozę PKB (spadek o 3,3 proc. rok do roku w czwartym kwartale i o 2,9 proc. w całym 2020 roku), ale zaznacza, że bilans ryzyka "staje się asymetryczny w dół".