U Morawieckiego, Dudy czy w ZUS większość pracowników wypisała się z PPK. "Brak zaufania" [WYKRES DNIA]

Mikołaj Fidziński
Większość pracowników ZUS, Ministerstwa Finansów czy Rozwoju, Pracy i Technologii oraz Kancelarii: Premiera, Prezydenta, Sejmu i Senatu nie uczestniczy w Pracowniczych Planach Kapitałowych - wynika z danych pozyskanych przez ekonomistę dr Rafała Mundrego. "Większość pracowników administracji centralnej wypisała się z PPK. Pokazuje to brak zaufania do PPK i państwa" - komentuje ekonomista. Z tak surową oceną nie zgadza się wiceprezes PFR Bartosz Marczuk.
Zobacz wideo Ogromna dziura w ZUS-ie? "Jak będziemy mieli szczęście, to bieda zajrzy w oczy do końca tej kadencji"

44 proc. pracowników Kancelarii Prezydenta odkłada na Pracowniczych Planach Kapitałowych. W Kancelarii Premiera odsetek ten wynosi 45 proc., w Kancelarii Sejmu 36 proc., zaś Senatu - 29 proc. W ZUS czy Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii na PPK odkłada niespełna 40 proc. pracowników, in plus wyróżnia się Ministerstwo Finansów z 47-procentową partycypacją. Takie dane - aktualne na koniec czerwca br. - w wymienionych instytucjach otrzymał ekonomista dr Rafał Mundry w odpowiedzi na wnioski o dostęp do informacji publicznej.

embed
PPK to dobrowolny program gromadzenia oszczędności na emeryturę. Co warto robić. Szkoda, że przykład nie idzie z góry. Większość pracowników administracji centralnej się z niego wypisała. Pokazuje to brak zaufania do PPK i państwa

- komentuje Mundry.

Innego zdania jest Bartosz Marczuk, wiceprezes Polskiego Funduszu Rozwoju, odpowiedzialnego m.in. za wdrożenie PPK. "Wygląda więc, że około 40 proc. osób z ww. instytucji oszczędza w PPK. To mało?" - pyta Marczuk. 

W sierpniowej rozmowie z portalem 300gospodarka.pl Marczuk mówił też, że instytucjach publicznych partycypacja w PPK jest zbliżona do średniej. Wskazywał, że za to np. w Urzędzie Komisji Nadzoru Finansowego wynosi ona ponad 64 proc., a w Ministerstwie Rodziny i Polityki Społecznej 52 proc.

Partycypacja w pracowniczych planach kapitałowych w instytucjach publicznych jest zbliżona do średniej, wynosi dwadzieścia kilka-trzydzieści procent pracowników. Wynik w Kancelarii Sejmu jest podobny, to żadna sensacja

- komentował Marczuk.

Sejm RP (zdjęcie ilustracyjne)Pracownicy Kancelarii Sejmu unikają PPK. Większość zrezygnowała

PPK znacznie poniżej pierwszych oczekiwań

Prawdą jest, że poziom partycypacji w PPK jest znacznie niższy od pierwotnych założeń. Z danych po ostatnim, wiosennym etapie wdrożenia PPK (w firmach zatrudniających poniżej 20 osób oraz w jednostkach sektora finansów publicznych), wynikało, że w PPK pozostało niespełna 29 proc. osób. A i tak - jak twierdził w rozmowie z Gazeta.pl dr Marcin Wojewódka z Instytutu Emerytalnego - ta liczba została zawyżona i w rzeczywistości wynosi tylko ok. 20 proc.

W PPK odkłada aktualnie ok. 2,35 mln osób. To o ok. 50 tys. więcej niż mniej więcej cztery miesiące temu, gdy PFR podsumowywał ostatni etap wdrożenia. W PFR liczą m.in. właśnie na to, że program z czasem się rozpędzi - gdy "zakorzeni" się w głowach Polaków i zobaczą oni realne korzyści z uczestnictwa w nim.

Według pierwotnych założeń, w PPK miało oszczędzać 75 proc. pracowników. Okazuje się, że mniej więcej tyle z programu się wypisuje. Marczuk przyznał ostatnio w rozmowie z portalem 300gospodarka.pl, że założenia były "nadmiernie optymistyczne".

W czerwcu, gdy przedstawiciele PFR prezentowali wyniki ostatniego etapu wdrożenia PPK, wskazywali, że ich celem jest 4,5-6 mln uczestników PPK do 2025 r. To oznaczałoby partycypację na poziomie 40-50 proc. Długoterminowym celem jest 6-8 mln uczestników (50-75 proc. partycypacji). 

.A miało być tak pięknie. Polacy gremialnie mówią PPK 'nie'

Dlaczego PPK nie rozkochało w sobie Polaków?

Przyczyn - mimo wszystko - dalekiego od oczekiwań poziomu partycypacji Polaków w PPK jest kilka. Jedną z nich jest zdiagnozowany przez Mundrego "brak zaufania do PPK i państwa". Choć to, skąd ono wynika, pozostaje źródłem sporów ekonomistów czy polityków.

Jedni wskazują, że winna jest zaordynowana przez rząd PO-PSL reforma Otwartych Funduszy Emerytalnych z 2014 r., w ramach której część środków z OFE trafiła na subkonto w ZUS. To poważnie podważyło zaufanie Polaków do rządowych programów budowania oszczędności na emeryturę. Polacy nie ufają więc PPK, obawiając się, że za kilka lat te pieniądze "znów im ktoś zabierze".

Ale być może nie bez racji są też osoby wskazujące, że przynajmniej po części za ten brak zaufania odpowiedzialny jest także obecny rząd. Po pierwsze, przez lata budując mitologię wokół reformy z 2014 r. Fakt, była ona haniebnie zaprojektowana, a środki z OFE zostały bez zgody Polaków "przeparkowane" w inne miejsce (na subkonto w ZUS - dziedziczne, powiększające emeryturę podobnie, jak robiłyby to środki z OFE). Ale jednak, wbrew zbudowanej mitologii, nigdzie nie zniknęły, nikt ich nie ukradł. 

Po drugie, obecna ekipa tworzy dodatkowy chaos wokół systemu emerytalnego, już od ponad pięciu lat zapowiadając likwidację OFE i wciąż jej nie realizując. Wrażenie bezwładu i niewiarygodności rządu w tej kwestii raczej nie buduje zaufania do lepszego następcy OFE, czyli PPK.

Konferencja ministra Mateusza Morawieckiego w WarszawieCiągną, wyciągnąć nie mogą. Od 5 lat PiS-owi nie udaje się zgładzić OFE

Ale nie tylko doświadczenia z OFE mogą stać za brakiem sukcesu PPK. Brak zaufania wielu Polaków do obecnych władz objawia się także obawami, że środki z PPK finansowałyby kontrowersyjne projekty rządu. Tym bardziej że wpływ oszczędzających na politykę inwestycyjną PPK jest mocno ograniczony, a reguły programu zakładają inwestycje przede wszystkim na polskim rynku. 

Oczywiście nikt nie przyjdzie i nie zabierze pieniędzy. Ale wystarczy "podpompować" obligacje, które wyemituje się np. pod finansowanie przekopu Mierzei Wiślanej czy budowy jakiejś elektrowni

- mówił niedawno w rozmowie z Gazeta.pl dr Marcin Wojewódka z Instytutu Emerytalnego.

Dodatkowo Polska po prostu nie jest jeszcze krajem, w którym dobrowolne, regularne oszczędzanie z myślą o emeryturze jest na porządku dziennym. Po prostu musi upłynąć jeszcze wiele wody w Wiśle, aby część osób poczuła potrzebę korzystania z PPK czy innych dobrowolnych programów długoterminowego oszczędzania.

Dla części pracowników oszczędzanie na PPK może być też zbyt kosztowne. Wprawdzie ich składka wynosi "tylko" 2 proc. lub 0,5 proc. osób z najniższymi płacami (choć formalnie nieco więcej, bo od wpłaty od pracodawcy należy zapłacić podatek PIT), ale mimo wszystko - oznacza to obniżkę pensji o kilkadziesiąt (lub więcej) złotych. Korzyści w postaci wpłat pracodawcy, dopłat rządowych i (oby) rosnącej wyceny inwestowanych środków nie wszystkim równoważą tę stratę. Choć - na marginesie - jest i grupa osób, które wykorzystują PPK niezgodnie z wyobrażeniem ich twórców (choć zgodnie z prawem), regularnie wypłacając środki z PPK. "Odzyskują" wówczas nie tylko wpłacone środki, ale i 70 proc. wpłat pracodawcy (przepadają "tylko" dopłaty rządowe, a 30 proc. wpłat pracodawcy trafia na konto w ZUS).

Pracownicze Plany Kapitałowe - konferencja premieraOdkładasz na PPK? Sam sfinansujesz własną dopłatę od rządu

Tajemnicą poliszynela jest też to, że w niektórych firmach panuje nieoficjalna presja na wypisywanie się z PPK. Tacy pracodawcy nie chcą płacić składek za pracowników (1,5 proc. wynagrodzenia), przymuszają ich więc do rezygnacji z PPK, np. ucinając premie.

Więcej o: