Konflikt w NBP to nie heheszki. Jak się przegnie, możemy nie pozbierać się przez lata

Groźba donosu do prokuratury przez prezesa NBP i część członków Rady Polityki Pieniężnej na innych przedstawicieli tego organu przeniosła obawy o stabilność i wiarygodność polskiego systemu finansowego na wyższy poziom. Problemy w NBP i RPP to jednak nie nowość, podobnie jak niebezpieczne zagrywki opozycji. Jeśli ktoś przegnie, polską gospodarkę czekają fatalne scenariusze.
Adam Glapiński
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

To już konflikt na noże w Radzie Polityki Pieniężnej. We wtorek prezes NBP (oraz przewodniczący RPP) Adam Glapiński wraz z czwórką członków RPP (Wiesławem Janczykiem, Cezarym Kochalskim, Ireneuszem Dąbrowskim i Henrykiem Wnorowskim) napisali w oświadczeniu, że "w związku z ostatnimi wypowiedziami publicznymi i opublikowanymi tekstami niektórych członków RPP" uznają za zasadne "rozważenie skierowania w tej sprawie zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa". Panowie powołali się w oświadczeniu na przepisy z ustawy o NBP oraz regulaminu RPP.

Nazwiska nie padły, ale można się domyślać, że chodzi przede wszystkim o prof. Joannę Tyrowicz (powołaną do RPP przez Senat we wrześniu br., posiedzenie 5 października było jej pierwszym). W niedzielę 9 października opublikowała ona w mediach społecznościowych alternatywną wersję komunikatu po środowym posiedzeniu RPP oraz komentarz do oficjalnego dokumentu. Wyraziła w nim polemikę z wieloma zdaniami przedstawionymi w dokumencie NBP - czasem bardzo ostro, jest mowa np. o "czystej drwinie z obywateli" (w kontekście zdania, że "NBP będzie podejmował wszelkie niezbędne działania [...] w celu ograniczenia ryzyka utrwalenia się podwyższonej inflacji", choć na posiedzeniu nie podniesiono stóp procentowych). 

Pracowałam 10 lat w NBP. Człowiek ma dwie dusze. Jedna to kogoś, kto merytorycznie nie może się pogodzić z tym, co się dzieje i musi naprostować pewne rzeczy

- wyjaśniała swój ruch prof. Tyrowicz we wtorek 11 października w Porannej Rozmowie Gazeta.pl. Mówiła też, że jako ekonomistka od dawna nie rozumie decyzji RPP.

Zobacz wideo

W ostatnich dniach polemiczne zdanie wobec polityki pieniężnej wyrażali też Ludwik Kotecki (w Business Insider Polska) i Przemysław Litwiniuk (w TOK FM), choć robili to w sposób dużo bardziej wyważony i konwencjonalny niż Tyrowicz. Dodatkowo Litwiniuk mówił o utrudnionym kontakcie z analitykami NBP.

Dużo trudniej jest uznać, aby oświadczenie Glapińskiego i czwórki członków RPP było kierowane także do nich, choć oczywiście zagadką są ścieżki, po których podążają myśli sygnatariuszy dokumentu.

Problemy w RPP to nie nowość. Glapiński ma swoje za uszami

Można byłoby konflikt w RPP spłycić do wymiaru politycznego. Nie odmawiając absolutnie nikomu kompetencji, należy wszak przypomnieć, że poszczególni członkowie RPP mają różne posady w CV oraz trafili do Rady z nominacji różnych organów.

Kotecki, Litwiniuk i Tyrowicz zostali powołani do Rady przez Senat. Kotecki był m.in. wiceministrem finansów w rządzie Donalda Tuska, Litwiniuk był kilka lat temu członkiem PSL. Glapiński jest prezesem NBP z poparcia PiS, "sejmowym" członkiem RPP jest Wiesław Janczyk (były poseł tej partii), a Kochalski, Dąbrowski i Wnorowski trafili do Rady z nominacji prezydenta Dudy. Dąbrowski i Wnorowski mają w swoim życiorysach kandydowanie w wyborach z list PiS (Wnorowski był nawet w 2019 r. przez kilka miesięcy posłem). Dąbrowski był także m.in. wiceministrem skarbu państwa w latach 2006-2007, od 2019 r. pełnił z kolei dyrektorskie stanowisko w NBP.

Tyle, że o tym, iż w RPP nie dzieje się najlepiej, mówiono już od dawna - gdy w Radzie nie było ani Koteckiego, Litwiniuka i Tyrowicz, ani Dąbrowskiego i Wnorowskiego. Już rok temu RMF FM pisał, że część członków RPP (wszyscy z nadania prezydenta Dudy oraz "opanowanego" przez PiS Sejmu i Senatu) była zbulwersowana tym, że prezes Glapiński złamał złotą zasadę "blackoutu" (zakaz wypowiedzi medialnych przedstawicieli RPP na tydzień przed posiedzeniem). NBP odpowiadał, że Glapiński wypowiadał się nie jako delegat RPP, ale jako prezes NBP.

Donoszono, że członkowie RPP, którzy sprzeciwiają się Glapińskiemu, są marginalizowani. Ubolewano, że materiały analityczne są coraz gorzej jakości, a członkowie RPP dostają je na ostatnią chwilę (1-2 dni przed posiedzeniem zamiast siedmiu). Zauważano, że skrócono okres posiedzeń (z łącznie trzech dni w miesiącu do kilku godzin jednego dnia), co ogranicza możliwość przedstawiania swoich poglądów członkom Rady, a sprzyja forsowaniu wizji Glapińskiego.

Przez rok symptomów poprawy nie ma. Posiedzenia RPP wciąż trwają jeden dzień, choć zdaniem Tyrowicz i Litwiniuka apelują oni o dwudniowe posiedzenia (biuro prasowe NBP odpowiada, że to oni nie są tym zainteresowani). Jak relacjonowała w Gazeta.pl Tyrowicz, nie ma już też, zwyczajowych wcześniej, spotkań RPP z analitykami NBP. 

Należy też zwrócić uwagę, że od 2020 r. NBP zrezygnował z dotychczasowego zwyczaju, aby prezesowi NBP na konferencjach prasowych po posiedzeniach RPP towarzyszyło dwóch innych członków tego organu. Przez kilka miesięcy Glapiński w ogóle nie organizował konferencji po posiedzeniach RPP, później zaczął występować na nich sam.

Nietrudno też zauważyć lekceważący stosunek prezesa Glapińskiego do RPP jako kolektywu, Przypomina sobie o tym, gdy chce dyscyplinować jakichś członków RPP. Ale w lipcu na molo w Sopocie nie miał oporów, aby niczym wszechwładca w Radzie (a, przypomnijmy, ma tylko jeden głos w głosowaniu na posiedzeniu - decydujący wyłącznie w razie remisu) zapowiadać, jakie decyzje podejmie cały organ. Wtedy został przez działaczkę AgroUnii nagrany, na zawsze tajemnicą pozostanie komu i co Glapiński zdążył przez lata naobiecywać poza okiem kamery.

Trudno inaczej niż prowokacjami ze strony Glapińskiego nazwać też to, że na każdej konferencji prasowej po posiedzeniu RPP atakuje Unię Europejską czy Niemców albo urządza sobie "personalne wycieczki" wobec przedstawicieli opozycji, a jednocześnie podkreśla, że wypowiada się nie w swoim imieniu, ale całej RPP. 

Konferencje prasowe Glapińskiego oraz inne występy medialne to zresztą osobny temat. Kwestię komunikacji z rynkiem kierunków prowadzonej polityki pieniężnej - ocenianą przez ekspertów za równie ważną, może nawet ważniejszą, niż same decyzje ws. stóp - prezes NBP sprowadził do poziomu niebezpiecznie bliskiego stand-upowi. Jeśli ktoś nieprzyjazny Glapińskiemu będzie chciał w przyszłości wykazać, że prezes NBP prowadzi "działalność publiczną nie dającą się pogodzić z godnością urzędu" (zakazuje tego art. 227 Konstytucji RP), z pewnością będzie konferencje poddawał pogłębionej analizie.

Powagi w warstwie komunikacyjnej nie dodawały także polskiemu bankowi centralnemu zeszłoroczne twitterowe sondy o "kierowniku polowania" (do wyboru: Donald, Colargol, Maja i Gargamel) czy inne równie żenujące wpisy. Z kolei obowiązek apolityczności nie przeszkadza Glapińskiemu rozpływać się nad rządem ani przyjeżdżać na "audiencje" na Nowogrodzką.

  • Więcej o gospodarce przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

Groźby opozycji też nie poprawiają sytuacji

Żeby nie było wątpliwości - sytuację podpala nie tylko sam bank centralny i jego szef. "Alternatywny" komunikat po posiedzeniu RPP autorstwa Tyrowicz był - delikatnie rzecz ujmując - niekonwencjonalny - a pisząc znacznie bardziej wprost - sztubacki. Można oczywiście przyjąć, że takie działania wpisują się w konwencję konfrontacyjnej komunikacji zaproponowanej i realizowanej przez Glapińskiego, ale czy podjęcie z nim tej gry to dobry pomysł - tu zdania mogą być pewnie podzielone.

Nie da się też ukryć, że powagi NBP zdecydowanie nie dodają regularne groźby ze strony opozycji dotyczące tego, że Glapiński został wybrany w 2022 r. na drugą kadencję w sposób nielegalny (to brednie) czy że po ewentualnych wygranych wyborach w 2023 r. "wyprowadzą" Glapińskiego z NBP. To z formalnego punktu widzenia nie będzie takie proste. Takie zapowiedzi budzą więc uzasadnione obawy, że ewentualne usunięcie prezesa NBP z urzędu (jego kadencja trwa aż do 2028 r.!) odbyłoby się w wątpliwych prawnie okolicznościach - podobnych np. do tych, w jakich PiS deptał konstytucyjnie zakreśloną kadencję członków Krajowej Rady Sądownictwa.

Słaby NBP jest fatalny dla gospodarki

To wszystko składa się - już bez ważenia win - na obraz słabego banku centralnego. Skłóconego (przynajmniej w RPP), targanego politycznymi konfliktami oraz samemu się w nie angażującego. 

Konsekwencje mało wiarygodnego, zależnego od politycznej koniunktury i podatnego na awantury, banku centralnego, mogą być fatalne. Dalej słabnący złoty, rosnące rentowności polskich obligacji, spadek zaufania inwestorów do Polski, jeszcze trudniejsza walka z inflacją. Sam sygnatariusz oświadczenia członków RPP - Ireneusz Dąbrowski - ostrzegał we wtorek w TVP Info, że "wszelkiego rodzaju zaburzenia w komunikacji prowadzą do wzrostu niepewności, a ten wzrost niepewności może podążać w różnych kierunkach".

To oznacza wyższą inflację w przyszłości. Taka RPP oznacza, że nasza wiarygodność na rynkach kapitałowych jeszcze się zmniejszy. To oznacza odpływ kapitału i pogłębienie tendencji do osłabienia się złotego

- ostrzegał w programie "Studio Biznes" w Gazeta.pl w kontekście konfliktu w RPP były prezes NBP (w latach 2010-2016) Marek Belka.

To nie tak, że to już się szaleńczo rozpędza. Nie ma co wieszczyć jakichś scenariuszy rodem np. z Turcji. Jesteśmy od nich kosmicznie daleko. Jeśli chodzi np. o kwestię złotego, to nie można pomijać dołujących polską walutę obiektywnych czynników geopolitycznych (wojna w Ukrainie) czy politycznych (konflikt rządu z Brukselą o KPO). Rzecz jasna w tym drugim przypadku można się domyślać, że bank centralny, gdyby tylko chciał, mógłby swoim autorytetem dopingować rząd do porozumienia z UE w tej sprawie. Przekaz płynie jednak zupełnie inny - że KPO służy Komisji Europejskiej do szantażowania polskiego rządu. 

Agencje ratingowe raczej w swojej komunikacji nie podbijają wątku NBP. Jeśli w ogóle, to raczej w kontekście nadziei pokładanej w banku centralnego jako orędownika walki z inflacją. Tak napisała ostatnio w komunikacie agencja S&P - że zakłada, iż NBP swoimi działaniami zapobiegnie "trwałemu odkotwiczeniu się długoterminowych oczekiwań inflacyjnych, zbliżając inflację do przedziału celu w 2024 r.". 

Nie ulega jednak wątpliwości, że konflikt w NBP i słaby bank centralny jest jak odbezpieczony granat. Jeśli ktokolwiek przegnie - wybuchnie. W obliczu wojny w Ukrainie, najwyższej od dekad inflacji, globalnego spowolnienia gospodarczego i lodowatych relacji  - to ostatnie, czego nam potrzeba. 

  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina
Więcej o: