Glapiński może złamać "traktat sopocki". Nadchodzi czas kluczowych decyzji

Z jednej strony - według prognoz jeszcze wyższa niż w sierpniu wrześniowa inflacja. Do tego złoty, który bije rekordy słabości, oraz presja ze strony największych banków centralnych świata, które podnoszą stopy. Można by rzec - nic, tylko dalej podnosić stopy. A z drugiej - m.in. hamująca gospodarka i geopolityczne niepewności. W lipcu na molo w Sopocie prezes NBP Adam Glapiński zapowiedział, że więcej podwyżek stóp (poza zaordynowaną we wrześniu) nie będzie. 5 października dowiemy się, czy wraz z RPP "dowiezie" tę obietnicę.
Jeśli będzie, to jedna o 0,25 pp.

- tak o przyszłych podwyżkach stóp w słynnej już rozmowie na molo z działaczką Agrounii mówił w lipcu prezes NBP Adam Glapiński. - Proszę trzymać za słowo - dodawał wówczas Glapiński, podając kobiecie rękę.

Zapowiedź prezesa NBP została żartobliwie ochrzczona "traktatem sopockim". A bardziej poważnie ekonomiści zwracali uwagę, że sytuacja, w której prezes NBP, jako tylko jeden z ośmiorga członków Rady Polityki Pieniężnej (obecnie ośmiorga - standardowo powinno być ich dziesięcioro, ale Sejm od pół roku nie obsadza dwóch wakatów) tak jednoznacznie obiecuje co zdecyduje cała Rada, budzi poważny niepokój.

Na pierwszym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej po słowach Glapińskiego z sopockiego molo - 7 września br. - RPP rzeczywiście podniosła główną stopę procentową o 25 punktów bazowych. Zgodnie z "traktatem sopockim", na tym cykl podwyżek powinien się zakończyć.

Kolejna podwyżka stóp niewykluczona, ale raczej skromna

Sam Glapiński na konferencji 8 września oczywiście zaznaczał, że RPP pilnie śledzi dane z gospodarki, ale jednocześnie wskazał, że członkowie RPP zapewne w październiku (posiedzenie odbędzie się 5 października) będą decydowali między podwyżką stóp o 25 punktów bazowych albo brakiem podwyżki.

Co więcej, w kolejnych dniach kilku innych członków Rady Polityki Pieniężnej dało do zrozumienia, że utożsamiają się z tymi słowami Glapińskiego. Najbardziej zdecydowany był Ireneusz Dąbrowski, który napisał już 9 września, że w jego opinii cykl podwyżek stóp procentowych w Polsce się skończył.

Ale także Henryk Wnorowski (w rozmowie z "Rzeczpospolitą") wskazał, że "nie widzi powodów", aby główna stopa NBP przekroczyła 7 proc. (dziś to 6,75 proc.). A więc, jeśli w ogóle, to podniósłby rękę w październiku za podwyżką o 25 punktów bazowych. Cezary Kochalski mówił zaś agencji Reutera, że "przestrzeń do dalszych podwyżek stóp znacząco zmalała, a po wrześniowej podwyżce wzrosło prawdopodobieństwo braku zmian stóp w październiku".

Dodając do tego też raczej gołębich czy "gołębiowatych" (czyli niespecjalnie chętnych podwyżkom stóp) Wiesława Janczyka i Przemysława Litwiniuka można przypuszczać, że rzeczywiście znajdzie się w RPP większość dla braku podwyżki w październiku lub tylko jej skromnej skali.

Warto przypomnieć, że RPP ma obecnie ośmioro członków. Do przegłosowania danej decyzji wymagana jest zgoda przynajmniej pięciorga z nich (lub czworga, o ile w tym gronie jest prezes NBP).

W silniejszą niż 25 punktów bazowych podwyżkę stóp w październiku (która wszak i tak byłaby już wbrew "traktatowi" z molo w Sopocie) nie wierzy rynek. Rynkowa stawka WIBOR 3M już niemal miesiąc trwa na poziomie 7,14-7,17 proc., a od trzech miesięcy na ok. 7-7,17 proc. Gdyby przewidywano dalsze podwyżki stóp, byłyby one już dyskontowane w WIBOR-ze i stawka jeszcze by rosła.

embed
  • Więcej o gospodarce przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl

DLOKAArcelorMittal w październiku wyłączy czasowo wielki piec. Powód? Kryzys

Inflacja wciąż rośnie, złoty ostro tanieje, ale za to gospodarka hamuje

Co mówią najnowsze dane, decyzje i wydarzenia z gospodarki (a trochę też z polityki i geopolityki), na które wszak patrzy RPP?

Po pierwsze - inflacja. Szybki szacunek za wrzesień poznamy w piątek 30 września. Ale prognozy wskazują, że może być jeszcze wyższa niż w sierpniu (16,1 proc.) - w okolicach 16,4-16,7 proc. Prezes Glapiński mówił na wrześniowej konferencji, że tempo wzrostu cen jest obecnie na "płaskowyżu".

Inflacja może być trochę wyżej albo niżej, ale zasadniczo to jest ten wysoki pułap, od którego inflacja będzie stopniowo maleć - wykluczając niespodziewane czynniki

- mówił szef NBP. Rzeczywiście w ostatnich miesiącach wykres inflacji troszkę się "wypłaszczył", ale nadal jednak ma tendencję wzrostową, która może zostać podtrzymana we wrześniu. Z pewnością Rada Polityki Pieniężnej miałaby większy komfort decyzji o braku podwyżek lub jej symbolicznej skali, gdyby jednak inflacja w ogóle przestała rosnąć.

embed

Na dane o inflacji za wrzesień więc poczekamy do piątku, ale niepokój mogą wzbudzać bardziej szczegółowe liczby za sierpień. Tzw. inflacja bazowa (tj. bez cen energii i żywności) urosła wówczas do 9,9 proc. z 9,3 proc. w lipcu), Przyspieszył także wzrost inflacji superbazowej (czyli bazowej, ale jeszcze z wyłączeniem cen regulowanych - np. usług kanalizacyjnych czy wywozu śmieci) - do blisko 12 proc.

Widać wyraźnie, że nawet jeśli jedną z głównych pierwotnych przyczyn inflacji jest szok energetyczny, to jego efekt rozpełzł się po całej gospodarce - firmy z tego powodu bardzo chętnie podnoszą ceny dla klientów (a część branż wręcz wykorzystuje sytuację, aby windować ceny mimo braku adekwatnego wzrostu kosztów).

Presja cenowa jest cały czas bardzo silna, prawie 60 proc. koszyka inflacyjnego Eurostatu drożała w Polsce w ostatnim roku w dwucyfrowym tempie.

Po drugie - kurs złotego. Polska waluta jest piekielnie słaba. Kurs dolara amerykańskiego przebił we wtorek 27 września po raz pierwszy w historii 5 zł, w środę dobijał nawet do 5,06 zł. W ciągu ostatniego miesiąca dolar podrożał o 30 gr, w ostatnich dwóch tygodniach o 40 gr.

Frank szwajcarski symboliczny poziom 5 zł przebił już tydzień wcześniej i widać, że na tym pułapie zaczyna się wygodnie mościć. W czwartek jego kurs wynosił już nawet 5,13 zł, o ok. 20 gr więcej niż miesiąc temu i ponad 25 gr więcej niż przed dwoma tygodniami. Słabnący złoty to argument za podwyżkami stóp.

Po trzecie - gospodarka. Tu sprawa jest ciężka. Z jednej strony z poszczególnych jej segmentów (np. budowlanka czy hutnictwo) docierają niepokojące dane o tąpnięciu. Bezrobocie (jeszcze) nie rośnie, ale niektóre firmy zaczynają już m.in. ciąć godziny pracy, coraz mniej chętnie poszukują też nowych pracowników, Nastroje w przemyśle dołują, liczba zamówień wyraźnie spada, na bardzo niskich poziomach są także wskaźniki nastrojów konsumenckich Polaków. Według Biura Inwestycji i Cykli Koniunkturalnych, który tworzy Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury, prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w Polsce wynosi obecnie aż 75 proc. Poza tym należy pamiętać, że efekty jedenastu podwyżek stóp procentowych z ostatniego roku dopiero rozlewają się po gospodarce.

Z drugiej strony - twarde dane łącznie z całej gospodarki za sierpień (m.in. o sprzedaży detalicznej czy produkcji przemysłowej) nie były najgorsze. A wręcz lepsze od oczekiwań ekonomistów, choć po prawdzie nie były one szczególnie wygórowane. 

RPP musi już manewrować między Scyllą a Charybdą - między działaniem antyinflacyjnym a niewprowadzeniem gospodarki w recesję

- mówił na wrześniowej konferencji prezes Glapiński. Otwarte pozostaje pytanie w których danych - o inflacji czy o stanie gospodarki - RPP zobaczy w październiku groźniejszego potwora. 

Po czwarte - decyzje innych banków centralnych. Z jednej strony swój cykl podwyżek zakończyli już Czesi czy Węgrzy. Z drugiej strony - główne banki centralne ani myślą tego robić. We wrześniu amerykański Fed, Europejski Bank Centralny i Szwajcarski Bank Narodowy solidarnie podniosły swoje główne stopy aż o 75 punktów bazowych, jednocześnie nie wykluczając kolejnych. Bodaj najgłośniej powiedział o tym szef Fedu Jerome Powell, który wyraził jednoznacznie silną determinację do dalszych, wysokich podwyżek stóp w celu stłumienia inflacji (8,5 proc. w sierpniu br.), nawet kosztem recesji. 

Po piąte - geopolityka, przede wszystkim nieprzewidywalność Władimira Putina. Mobilizacja rezerwistów i (wszystko na to wskazuje) sabotaż w postaci wybuchów na gazociagach Nord Stream nie pozostawiają wątpliwości, że celem Rosji jest jak najsilniejsza destabilizacja Europy - w tym energetyczna, gospodarcza. To zwiększa ryzyko stagflacji - czyli z jednej strony inflacji (na którą jednym z lekarstw, przynajmniej w teorii, są podwyżki stóp), a z drugiej recesji (którą podwyżki stóp jeszcze pogłębiają) - także w Polsce.

Jak w takiej sytuacji ustawi się RPP? Rozkład głosów w Radzie w połączeniu z naciskiem, jaki od miesięcy prezes NBP kładzie w swojej komunikacji na chęć uniknięcia wyraźnego wzrostu bezrobocia pozwala zakładać, że Rada nie jest skłonna walczyć z inflacją za cenę głębokiej recesji. W tym względzie (i nie tylko w tym) Glapiński i prezes PiS Jarosław Kaczyński mówią jednym głosem. 

W miniony weekend Kaczyński mówił w Oleśnicy (zresztą nie pierwszy raz w ostatnich tygodniach), że "najprostszą metodą" na obniżenie inflacji byłoby "zmniejszenie siły nabywczej społeczeństwa i doprowadzenie do wzrostu bezrobocia".

Ale my tego nie chcemy i to jest nasza przemyślana polityka

- mówił prezes PiS.

W zasadzie to samo, tylko innymi słowami, Glapiński mówił na wrześniowej konferencji prasowej.

Wyobraźcie sobie państwo, że nie ma inflacji, a rzeczywiście mamy kryzys. 20 proc. bezrobocia, jak za naszych poprzedników bywało, milionów ludzi nie ma pracy, przedsiębiorstwa masowo upadają. To jest kryzys. Co z tego, że nie ma wtedy inflacji, skoro nie ma za co kupić towarów i usług nawet po tych niższych cenach

- mówił szef NBP. Dodawał jednak, że RPP będzie "walczyć z inflacją aż zredukuje ją do przyzwoitego poziomu".

Po szóste - nieco już wspomniana powyżej polityka fiskalna rządu. Kolejne działania - w ostatnich dniach to m.in. projekt częściowego zamrożenia cen energii elektrycznej dla gospodarstw domowych w 2023 r., a także ciągle przedłużana tarcza antyinflacyjna zakładająca szerokie obniżki VAT czy akcyzy - "sztucznie" obniżają inflację (choć zapewne wydłużają okres, w którym będzie ona nie tylko wyraźnie powyżej celu NBP, tj. 2,5 proc., ale choćby poziomów dwukrotnie wyższych, rzędu 5-6 proc.).

Część członków RPP zwraca uwagę, że bardzo szeroki, a nie celowany zakres wsparcia fiskalnego, osłabia skuteczność podwyżek stóp. Po drugie, natężenie kolejnych rozwiązań proponowanych przez rząd utrudnia Radzie podejmowanie decyzji. 

To jest jakiś chaos, gonitwa kolejnych pomysłów. Człowiek zrobi prognozę, a jutro ona już jest nieważna

- mówiła niedawno w TVN24 członkini RPP Joanna Tyrowicz. Z kolei Ludwik Kotecki, zaliczający się do największych jastrzębi w Radzie Polityki Pieniężnej, orzekł wręcz w rozmowie z wnp.pl, że może trzeba zrobić przerwę w cyklu podwyżek by poczekać na to, co ostatecznie zdecyduje rząd. 

Po siódme - kredytobiorcy. Wiadomo, że RPP powinna brać pod uwagę inflację czy stan gospodarki, a jeśli w jakąś grupę podwyżki stóp uderzają za mocno, to interweniować powinien raczej rząd (tak zrobił m.in. wprowadzając ustawowe wakacje kredytowe), ale jednak gdzieś tam w tle majaczy temat złotówkowiczów. Ci, którzy zaciągnęli kredyty niedawno, mają dziś raty nawet dwukrotnie wyższe niż przed rokiem. Dalsze podwyżki stóp to może być już dla niektórych za dużo. Choć z drugiej strony - jeśliby podwyżki stóp miały umacniać złotego m.in. względem franka szwajcarskiego, to cieszyliby się frankowicze. 

Wymiana opon (zdjęcie ilustracyjne)Opony zimowe. Za komplet zapłacimy nawet 1 tys. zł więcej

Czy RPP nie pożałuje niewystarczającej determinacji w walce z inflacją?

Otwarte pozostaje jeszcze jedno pytanie - nawet jeśli, co jest bardzo prawdopodobne, RPP w październiku nie podniesie stóp albo zdecyduje się tylko na korektę o 25 punktów bazowych w górę, to czy będzie to rzeczywiście koniec podwyżek czy tylko przerwa.

Wydaje mi się, że NBP powtórzy swoją retorykę z ostatnich miesięcy mówiącą o tym, że cykl dobiega końca. Jednak raczej tego cyklu nie zamknie. Myślę, że retoryka będzie bardziej "na miękko", dająca jakąś furtkę

- mówi w rozmowie z Gazeta.pl Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. I dodaje: gdyby w takich warunkach - determinacji Fed czy EBC do podwyżek stóp czy eskalacji ryzyka geopolitycznego - NBP zamknął cykl podwyżek, to groziłoby to dalszym osłabieniem złotego. 

Doświadczenia z regionu są takie, że banki centralne już chciały kończyć cykl, a inflacja i sytuacja kursowa im na to nie pozwalały. Obawiamy, że tak jest trochę też w przypadku NBP

- dodaje ekspert.

Dotychczas prezes Glapiński dość jednoznacznie dawał do zrozumienia, że gdy zakończy się cykl podwyżek, to potem - zapewne w okolicach drugiej połowy 2023 r., choć oczywiście wszystko by zależało od bieżącej sytuacji - można by oczekiwać pierwszych obniżek. Ale cóż - przyszłość jest bardzo niepewna. Uporczywość silnie podwyższonej inflacji czy postępująca słabość złotego mogą być argumentami, aby jednak tak łatwo z podwyżkami stóp się nie żegnać.

W debacie ekonomicznej jest cały przekrój opinii - od tych, że podwyżki stóp niewiele dają i z inflacją trzeba walczyć innymi sposobami (m.in. polityką fiskalną rządu), po te, że jest jeszcze duża przestrzeń do dalszych podwyżek stóp. 

Wydaje się, że w RPP wygrywa pogląd, że z inflacją trzeba walczyć, ale bez przesady. Ale są i inne głosy z Rady, np. ten Joanny Tyrowicz, która niedawno w podcaście "Subiektywnie o finansach" zbijała stały argument Glapińskiego o ryzyku dramatycznego wzrostu bezrobocia w konsekwencji dalszych istotnych podwyżek stóp. 

Dziś inna jest demografia, inaczej reagują przedsiębiorstwa, w inny sposób poszukuje się pracy. Nawet gdyby dziś podnieść stopy procentowe o 2, 3, czy potencjalnie 4 pkt procentowe – nadal nie będziemy stali nawet blisko restrykcyjności polityki pieniężnej z wczesnych lat 2000. Mamy wyjątkową sytuację: wysoką inflację, ale niezły wzrost PKB i silny rynek pracy. W takiej sytuacji po prostu trzeba podnosić stopy

- mówiła.

Obawy, że determinacja NBP w walce z inflacją jest za mała i będzie miało to negatywne konsekwencje długoterminowe, ma także Rafał Benecki z ING Banku Śląskiego.

Doświadczenia z lat 70. i innych lat prowadzenia polityki pieniężnej pokazują, że aby ustabilizować oczekiwania inflacyjne w społeczeństwie potrzebna jest bardzo duża determinacja banku centralnego, skupienie na inflacji i podwyżki stóp kosztem koniunktury. Zaniedbanie elementu oczekiwań inflacyjnych to recepta na wiele lat wysokiej inflacji

- mówi ekonomista w rozmowie z Gazeta.pl. I przestrzega: w takim scenariuszu koszty walki z inflacją są na koniec dużo wyższe niż zaciskanie pasa na krótką metę.

  • Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina
Zobacz wideo O ile może wzrosnąć rachunek za gaz, jeśli nie będzie interwencji rządu?
Więcej o: