Rozkręca się wyścig cen i płac. Gdzie jest meta? Oby przed, a nie za przepaścią [WYKRES DNIA]

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w Polsce rok do roku aż o 11,2 proc. To najwyższy skok od ponad trzynastu lat. W tym czasie inflacja wyniosła 8,6 proc. - to z kolei najwięcej od 2000 r. Oba rekordy mają ze sobą wiele wspólnego. - Możemy stanąć przed nieprzyjemnym wyborem: albo zaakceptujemy długotrwałe utrzymywanie inflacji powyżej 5 proc., albo wprowadzimy gospodarkę w recesję. Nie wiem, czy stoimy przed tym wyborem już dziś, ale im więcej sygnałów wyścigu płac i cen, tym większe ryzyko - pisze Ignacy Morawski, główny ekonomista "Pulsu Biznesu".

W wyścigu cen i płac wrzucony został jeszcze wyższy bieg. Z danych GUS wynika, że inflacja roczna w grudniu 2021 r. wyniosła 8,6 proc., najwięcej od listopada 2000 r. Ważna jest nie tylko sama wysokość wskaźnika, ale także jego charakterystyka.

Inflacja na sterydach. To nie tylko przez drogi prąd i gaz

Po pierwsze, nie jest tak, że inflacja wynika ze wzrostu cen tylko jakichś konkretnych towarów czy usług. Choćby przedstawiciele rządu lubią czasem "streszczać" kwestię inflacji w Polsce do wzrostu cen energii, gazu czy paliw. To oczywiście prawda, że w ostatnich miesiącach zanotowaliśmy niebotyczne wzrosty w tych kategoriach. 

Tyle, że szybciej czy wolniej w Polsce drożeje w zasadzie wszystko. Jak pokazał niedawno ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego Paweł Ropiak, ceny tylko 3,1 proc. koszyka konsumenckiego nie urosły w ciągu ostatniego roku. W tempie szybszym niż 3,5 proc. rosły ceny dwóch trzecich koszyka.

Gwoli precyzji - są to dane na podstawie koszyka inflacyjnego Eurostatu, a więc nieco innego niż stworzonego przez Główny Urząd Statystyczny. Ale też oba koszyki nie różnią się na tyle diametralnie, aby ich analiza przynosiła zupełnie inne wnioski. Według metodologii Eurostatu, inflacja w grudniu wyniosła 8 proc. rok do roku.

Po drugie, jest jeszcze coś takiego jak inflacja bazowa, czyli taka, która wyłącza ceny żywności i energii. Ta w grudniu wyniosła 5,3 proc. rok do roku i była najwyższa od sierpnia 2001 r. To również dobitnie pokazuje, że mówiąc o inflacji w Polsce nie sposób tłumaczyć ją wyłącznie drogim prądem czy wyższymi cenami w sklepach spożywczych.

Inflacja bazowa w góręBaza odleciała od celu. Inflacja zostanie z nami na jeszcze dłużej

Zobacz wideo

Wynagrodzenia pędzą jak szalone

W ostatnich miesiącach ten argument jakby rzadziej pada w debacie publicznej, ale jeszcze latem 2021 r. prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński, premier Mateusz Morawiecki czy część przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy przekonywali, że choć inflacja rośnie, to ważne, że jeszcze szybciej w górę idą pensje, więc realnie Polacy wciąż są na plusie.

Od tamtego momentu zmieniło się wiele i niewiele zarazem. Wciąż co miesiąc GUS melduje, że przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw rośnie szybciej niż ceny. Tyle że liczby są coraz wyższe. GUS właśnie kilka dni temu doniósł, że w grudniu 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw było aż o 11,2 proc. wyższe niż rok temu. Był to najwyższy skok od września 2008 r. W minionych trzynastu latach tylko raz tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia było dwucyfrowe (w maju 2021 r., gdy wielkie znaczenie miał tzw. efekt bazy, czyli porównanie z bardzo marnym majem 2020 r.). 

Należy tu poczynić kilka zastrzeżeń. Sektor przedsiębiorstw to tylko wycinek całego rynku pracy, a sytuacje w poszczególnych branżach są diametralnie różne. Nie można też zapominać, że grudzień to okres wypłaty nagród, premii, barbórki itd. Możliwe, że w 2021 r. były one wyjątkowo sowite (np. ekonomiści ING sugerują, że ze względu na wejście w życie Polskiego Ładu część firm przesunęła wypłaty premii z początku 2022 r. na końcówkę 2021 r.). Poza tym przecież wzrost przeciętnego wynagrodzenia nie oznacza, że wszyscy dostają podwyżki. Niemniej, przeciętnie rzecz ujmując (choć złośliwi twierdzą, że przeciętnie to człowiek i pies mają trzy nogi) tempo wzrostu pensji w Polsce jest bardzo wysokie.

Nie jest raczej przypadkiem, że kilkunastoletnie rekordy inflacji i tempa wzrostu wynagrodzeń bite są w Polsce w tym samym czasie. Przyczyny tak wysokiej dynamiki wzrostu płac są dwie.

Pierwsza to silna presja płacowa. W przynajmniej części sektorów gospodarki mamy rynek pracownika - brakuje rąk do pracy i firmy biją się o nie, podnosząc płace.

Druga to jednak pojawiające się już tu i ówdzie tzw. efekty drugiej rundy (spirala płacowo-cenowa), czyli zjawisko, w którym inflacja i płace wzajemnie się napędzają. Chodzi o to, że pracownicy oczekują podwyżek uzasadniając to właśnie wysoką inflacją. Firmy rosnące koszty pracy przerzucają na klientów. Mogą, bo przecież jest wysoka inflacja i odkotwiczone oczekiwania inflacyjne - czyli konsumenci są przekonani, że "wszystko drożeje" i będzie drożej, wobec czego łatwiej godzą się na wyższe ceny. A skoro rosną ceny, to pracownicy znów wracają po podwyżki. Koło się zamyka.

embed

Jacek KurskiW "Wiadomościach" nie mówią o inflacji? W TVP chcą przez nią podwyżek

Wyścig płac i cen

Oczywiście, jest rzeczą z punktu widzenia gospodarstw domowych pożądaną i dobrą, gdy pensje rosną szybciej niż ceny. Tak - z krótką przerwą po wybuchu pandemii - dzieje się w Polsce od ponad dziewięciu lat. Jest też rzeczą absolutnie zrozumiałą, że w reakcji na wysoką inflację kto może, ten żąda podwyżki u pracodawcy.

Sprawa jest jednak o tyle skomplikowana, że wyścig płac i cen nie może trwać w nieskończoność. Wielu ekonomistów ostrzega, że ciężko będzie zjeść ciastko i mieć ciastko - czyli pokonać inflację bez jakichś kosztów społecznych.

W poniedziałek Adrian Zandberg z partii Razem przekonywał, że "zyski w wielu branżach są rekordowo wysokie" i firmy powinni się nimi dzielić z pracownikami. 

Jak pokazało niedawne badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego, rzeczywiście część firm "wykorzystało" rosnące koszty (wynagrodzeń, surowców, energii) i podbiło ceny mocniej, niż wskazywałaby wyłącznie chęć zrekompensowania sobie wyższych kosztów.

Problem w tym, że to nie jest (jedyna) recepta na problem. Jedną z przyczyn wysokiej inflacji w Polsce jest nasz wysoki popyt. On sprawia, że ochota firm do podnoszenia cen jest wysoka. Aby obniżyć inflację, powinniśmy mniej chętnie wydawać pieniądze. Zadaniem polityki Narodowego Banku Polskiego powinno być takie "skalibrowanie" działań, żeby nie zadziało się to szokowo i z dramatycznym skutkiem dla gospodarki.

Zbijać inflację mają ordynowane przez NBP podwyżek stóp, ale takie ruchy oddziałują na gospodarkę z opóźnieniem po kilku kwartałach. Poza tym podwyżki stóp to miecz obosieczny, bo jednocześnie hamują gospodarkę. Na marginesie - w piątek 21 stycznia prezes NBP Adam Glapiński zaskoczył słowami, że w świetle najnowszych danych uważa, że "stopy procentowe banku centralnego powinny wzrosnąć mocniej, niż przewiduje rynek". 

Stoimy przed ryzykiem rozkręcenia spirali płacowo-cenowej, która utrzyma inflację na wysokim poziomie i utrudni stabilizowanie gospodarki. Możemy stanąć przed nieprzyjemnym wyborem: albo zaakceptujemy długotrwałe utrzymywanie inflacji powyżej 5 proc., albo będziemy musieli tak mocno zaostrzyć politykę pieniężną [tj. podwyższać stopy - red.], że wprowadzimy gospodarkę w recesję. Nie wiem, czy stoimy przed tym wyborem już dziś, ale im więcej sygnałów wyścigu płac i cen, tym większe ryzyko

- ostrzega Ignacy Morawski, główny ekonomista "Pulsu Biznesu".

W opublikowanym kilka dni temu na Gazeta.pl stanowisku, eksperci fundacji Dobrobyt na Pokolenia - dr Łukasz Rachel z Princeton University i dr Wojciech Paczos z Cardiff University - pisali w dość podobnym tonie co Morawski. Polska gospodarka ma symptomy przegrzania. Ostrzegali, że jeżeli polska gospodarka zaliczy "twarde lądowanie", to może się to skończyć "recesją, wzrostem bezrobocia i olbrzymimi kosztami na poziomie indywidualnym i społecznym". 

To samo pisze Morawski, który uważa, że "jeden rok z ujemną dynamiką realną wynagrodzeń [tj. tempem wzrostu wynagrodzeń niższym niż inflacja - red.] może być nieprzyjemny, ale będzie dużo mniej niebezpieczny, niż przegrzanie gospodarki, które może skończyć się głęboką recesją".

Spowolnienie lub płytka recesja nie wywołają wielkich szkód, natomiast głęboka recesja, która byłaby efektem przegrzania, mogłaby zniszczyć na długie lata potencjał produkcyjny gospodarki. Dziś ustabilizowanie gospodarki i ograniczenie ryzyka nadmiernie wysokiej i długotrwałej inflacji jest więc ważniejsze niż dbałość o wysoki realny wzrost płac. Drugie przyjdzie, gdy zapewnimy pierwsze

- uważa Morawski.

Więcej o: