Ten tydzień będzie na pewno bardzo gorący politycznie. Oczywiście bardzo możliwe, że na finiszu kampanii pojawią się też wątki gospodarcze (choćby związane z rolą spółek Skarbu Państwa albo wiekiem emerytalnym - czyli tematami referendum). Jeśli chodzi jednak o dane czy inne wydarzenia - szykuje się posucha. W piątek 13 września poznamy szczegóły polskiej inflacji za wrzesień. Szybki szacunek GUS sprzed niespełna dwóch tygodni wskazał na 8,2 proc.
W któryś dzień (acz nie ma tu ustalonej daty) zapewne Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej poda stopę bezrobocia rejestrowanego we wrześniu. Zdaniem ekonomistów mBanku, jest szansa, że - biorąc pod uwagę sezonowość - na pierwszy w historii spadek poniżej 5 proc., do 4,9 proc.
Duży wpływ na rynki może mieć czwartkowy odczyt inflacji (CPI) w USA we wrześniu. Według prognoz, spadła ona z 3,7 do 3,6 proc. rok do roku (a bazowa z 4,3 do 4,1 proc.).
Na posiedzeniu 4 października Rada Polityki Pieniężnej obniżyła główną stopę procentową NBP z 6 proc. do 5,75 proc., a więc o 25 punktów bazowych. Decyzja była raczej zgodna z oczekiwaniami ekonomistów, choć część z nich stawiała, że RPP zetnie stopy głębiej. Ba, rynek nawet zareagował z ulgą, bo tuż po decyzji złoty umocnił się o kilka groszy wobec najważniejszych walut (euro, dolara amerykańskiego).
Na czwartkowej konferencji prasowej prezes NBP Adam Glapiński nie zapowiadał wprawdzie "na twardo" kolejnych obniżek, wyjaśniając, że wszystko będzie zależało od napływających danych. Dał jednak do zrozumienia, że wraz z kolejnymi spadkami inflacji Rada będzie rozważać takie ruchy. A inflacja ma - jak wynika z prognoz NBP - jeszcze spadać, w okolice 6-7 proc. na koniec roku i w okolice 5 proc. w 2024 r.
Prezes Glapiński od lat regularnie daje na konferencjach prasowych popis knajackich zwyczajów, ale na czwartkowej konferencji przeszedł sam siebie. Rozpoczął konferencję od słów, że nie będzie odnosił się do wypowiedzi polityków i "pseudoekonomistów", a następnie przez pół godziny wyzywał od zdrajców, kłamców, osób "ogłupionych" oraz "zaczadziałych ideologicznie, którym może umysł już gorzej pracuje" wszystkich, których poglądy wychylają się poza jego ocenę sytuacji. Nawet jeśli krytyka Glapińskiego czy działań NBP i RPP jest duża i czasem niesprawiedliwa i przesadzona (a bywa, to prawda), to prezesowi Narodowego Banku Polskiego nie wypada tak kipieć nienawiścią. "Przepraszam" po tej konferencji powiedział niestety ten, kto powinien - czyli Glapiński - ale członek RPP Ludwik Kotecki.
Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA wspięła się w minionym tygodniu na 16-letnie maksimum, ponad 4,80 proc. W największym uproszczeniu, rentowność obligacji to wycena długu - koszt, który rząd musiałby ponieść, aby pożyczyć pieniądze od inwestorów (czyli sprzedać im obligacje). Słowem, tak drogo inwestorzy nie chcieli pożyczać administracji USA pieniędzy od półtorej dekady.
Zresztą wieloletnie maksima ustanowiły też rentowności papierów innych państw rozwiniętych - od Australii po Niemcy (w obu przypadkach obligacje są najtańsze (czy mają najwyższą rentowność) od 12 lat. - mówił w "Studiu Biznes" w Gazeta.pl Piotr Kuczyński, analityk Xeliona.
Co takiego się dzieje, skoro od lipca stopy w USA stoją w miejscu? Ekonomiści mają kilka hipotez. To między innymi możliwość, że rynki spodziewają się wysokiej inflacji w przyszłości, a dotychczasowy poziom stóp jest zbyt mały, żeby wystarczająco schłodzić gospodarkę. W minionym tygodniu inwestorzy dostali zestaw bardzo dobrych danych z amerykańskiego rynku pracy - m.in. o stopie bezrobocia czy liczbie wakatów. Wniosek jest prosty - popyt na pracę pozostaje wysoki za oceanem. Wzrost rentowności obligacji szedł w parze z spadkami indeksów giełdowych na Wall Street.
Są też inne teorie, w tym o wyprzedaży amerykańskich obligacji m.in. przez Chiny czy fakt, że Amerykanie prowadzą luźną politykę fiskalną i widocznie rynki spodziewają się dużej podaży papierów w najbliższych kwartałach. Deficyt w budżecie w tym roku sięgnął 7 proc., w kolejnym luźna polityka fiskalna powinna być kontynuowana. Choć tu akurat sprawa jest bardziej skomplikowana, bo dużych cięć wydatków żądają republikanie (a szczególnie ich najbardziej radykalne skrzydło związane z Donaldem Trumpem) - którzy mają większość w Izbie Reprezentantów. Na przełomie września i października rzutem na taśmę udało się uniknąć tzw. shutdownu, przepychając ustawę o tymczasowym (przez 45 dni) finansowaniu agencji rządowych. Ale paraliż legislacyjny może szybko powrócić, tym bardziej w obliczu odwołania spikera Izby Reprezentantów Kevina McCarthy'ego.
Po kilku tygodniach, gdy paliwa taniały w Polsce, trend się odwrócił. W danych firmy Reflex wynika, że w pierwszym tygodniu października benzyna i olej napędowy podrożały o dwa grosze na litrze. Wciąż jednak to, co stało się z cenami w Polsce, wygląda na tle Europy kosmicznie.
Jak zauważają eksperci z Refleksu, o ile na Orlenie diesel i benzyna "95" wciąż kosztują 5,99 zł lub nieco mniej, o tyle inne sieci i stacje niezależne zaczęły "pękać".
Na części z nich w skali tygodnia litr paliwa drożał nawet kilkanaście groszy na litrze lub więcej. W kolejnym tygodniu sytuacja będzie podobna
- czytamy w analizie. Orlen zaciska zęby do wyborów, a pomaga w tym wojsko zaangażowane do rozwożenia paliw do stacjach. Przyznał to oficjalnie sam koncern.
Analitycy wyliczają o ile paliwa powinno być droższe (diesel o około 1,50 zł na litrze, benzyna nieco mniej), ale może się okazać, że skala korekty po wyborach będzie oczywiście inna. Dlaczego? Z jednej strony, miniony tydzień przyniósł duże spadki cen ropy - aż o około 8 dolarów za baryłkę (baryłka ropy Brent potaniała z 92 do 84 dolarów). Cena diesla i benzyny na rynku ARA - to benchmark dla europejskich cen paliw - spadła przez tydzień o około 50 groszy na litrze.
Z drugiej strony, niepewność jest też w drugą stronę, a związana jest z wybuchem wojny w Izraelu, a przede wszystkim zachowaniem Iranu. To potencjalne ryzyko w górę dla cen ropy naftowej. W poniedziałek bardzo wcześnie rano ropa drożała o nawet 4 proc.
GUS poinformował w minionym tygodniu o rewizji danych o PKB za 2022 r. Urząd robi to regularnie, czasem nawet na 2-3 lata wstecz, wraz z napływem kolejnych danych. W każdym razie teraz mu wyszło, że polska gospodarka urosła realnie w 2022 r. nie o 5,1 proc., ale o 5,3 proc.
W tym roku wzrost PKB będzie minimalny, pewnie rzędu kilku dziesiątych procenta. Wciąż słabo wygląda sytuacja w przemyśle. Wskaźnik PMI we wrześniu wyniósł 43,9 pkt. To oznacza, że koniunktura w polskim przemyśle psuje się nieustannie już od 17 miesięcy z rzędu (gdyby się nie psuła, to PMI wyniósłby przynajmniej 50 pkt). Ekonomistom pozostaje na razie cieszyć się z tego, że wrześniowe tąpnięcie w przemyśle było mniejsze niż w sierpniu i lipcu.
W minionym tygodniu Eurostat podał dane o bezrobociu w krajach UE w sierpniu. Polska z wynikiem 2,8 proc. zajęła trzecie miejsce - niższe bezrobocie mają tylko Czechy i Malta. Gwoli ścisłości - ta stopa bezrobocia odpowiada na pytanie jaki odsetek osób aktywnych zawodowo deklaruje, że nie ma pracy, ale jej szuka i jest gotowy ją szybko podjąć.
***