Konflikt w Radzie Polityki Pieniężnej stał się jeszcze poważniejszy po wtorkowym liście Adama Glapińskiego oraz Cezarego Kochalskiego, Wiesława Janczyka, Ireneusza Dąbrowskiego oraz Henryka Wnorowskiego. Członkowie RPP skrytykowali innych członków za publiczne wypowiedzi ws. działania Rady. Zagrozili również podjęciem kroków prawnych i zgłoszeniem podejrzenie przestępstwa.
Choć nie wymieniono z nazwiska osób, wobec których skierowano te oskarżenia, w RPP w ostatnich miesiącach aktywnych było tylko trzech innych członków: Przemysław Liwitniuk, Joanna Tyrowicz oraz Ludwik Kotecki. Cała trójka została powołana przez Senat, w którym większość ma opozycja i wszyscy w ostatnich miesiącach otwarcie krytykowali posunięcia Rady.
Działania Rady Polityki Pieniężnej są w centrum politycznego dyskursu od ubiegłego roku. Wówczas zaczęła rosnąć inflacja, którą poprzez modyfikację wysokości stóp procentowych ma zarządzać RPP. Przez kilka miesięcy nie podnoszono jednak stóp procentowych, a Adam Glapiński zapewniał, że wzrost cen jest przejściowy. Okazało się jednak, że taki nie był. W 2021 rozpoczęto trwający rok cykl podwyżek, który zakończył się dopiero na ostatnim, wrześniowym posiedzeniu, gdzie ustalono, że stopy procentowe pozostają na nie zmienionym poziomie.
Więcej informacji z kraju na stronie głównej Gazeta.pl
W Radzie Polityki Pieniężnej nie ma jednak jednomyślności w sprawie podnoszenie stóp procentowych. Już w kwietniu Ludwik Kotecki, w "Studiu Biznes" Gazety.pl uderzał w Ministerstwo Finansów i mówił, że ma nadzieję, iż w resorcie - w którym rządzi ta sama frakcja, która ma przewagę w RPP, tj. PiS - zapaliła się już czerwona lampka.
Ale pierwsze uderzenie bezpośrednio w RPP nadeszło dopiero miesiąc później. Przemysław Litwiniuk mówił wówczas, że jego zdaniem kampania gwałtownego podnoszenia stóp procentowych mogła być "bardziej kampanią wyborczą niż elementem rozsądnej polityki monetarnej". Litwiniuk przyznał też, że choć jest zwolennikiem zacieśniania polityki monetarnej, to nie tak gwałtownie. Podkreślił ponadto, że podnoszenie stóp procentowych było zbyt szybkie i nie dawało sektorowi bankowemu, w tym kredytobiorcom, szansy na adaptację do tego zjawiska.
W czerwcu, po kolejnej podwyżce, Adam Glapiński wysyłał sygnały, z których wynikało, że cykl podwyżek ma się zatrzymać. Skomentował to Ludwik Kotecki, który powiedział, że "problem inflacji nie został rozwiązany i nie można dziś mówić o końcu podwyżek stóp".
Nie bardzo wiadomo, dlaczego cykl podwyżek miałby się kończyć, skoro inflacja z miesiąca na miesiąc bije kolejne rekordy i nie widać, żeby miała przestać je bić
- mówił w czerwcu Kotecki. Dodał, że rząd przeszkadza RPP w zbiciu inflacji.
W lipcu Adam Glapiński udzielił pamiętnej wypowiedzi działaczce Agrounii na sopockim molo. Zapowiedział w nim kolejną podwyżkę stóp procentowych, ale dodał, że szczyt inflacji przypadnie na wakacje i będzie to ostatni raz, gdy stopy wzrosną.
Krytyka wówczas nie przyszła od razu, trzeba było poczekać aż dwa tygodnie na kolejny atak wymierzony w RPP, a konkretnie w Glapińskiego. Ludwik Kotecki w TVN24 powiedział, że oczekuje wytłumaczenia się prezesa NBP z wypowiedzi w Sopocie, "bo to [obiecane podwyżki o 25 p.p. - red.] nie są jego kompetencje". - On jest jednym z dziesięciu [członków Rady Polityki Pieniężnej - przyp. red.] i dopiero w sytuacji, kiedy mamy równe głosy, czyli na przykład pięć na pięć, albo cztery na cztery, bo dzisiaj Rada to jest tylko ośmiu [członków - red.], to wtedy jego głos decyduje. On nie może, po pierwsze, w ogóle publicznie opowiadać o przyszłych decyzjach Rady Polityki Pieniężnej, a po drugie obiecywać jakichkolwiek kwot czy liczb dotyczących podwyżek stóp procentowych - mówił Kotecki.
Kolejne posiedzenie było zaplanowane dopiero na październik, bo we wrześniu RPP ma urlop. Ale konflikt między członkami Rady nie zrobił sobie przerwy. Kotecki, który wcześniej krytykował resort finansów i Glapińskiego, skomentował we wrześniu działania już samej RPP. - Inflacja nie jest przejściowym zjawiskiem. Co więcej, nie jest też zjawiskiem, które będzie się obniżało. Ona pewnie nie będzie tak szybko rosła do końca roku, ale też bym tutaj sobie ręki nie dał obciąć. […] Nie podzielam optymizmu niektórych członków Rady Polityki Pieniężnej […], boję się, że ta inflacja nadal będzie problemem - mówił na antenie TVN24 Kotecki.
Konflikt się zaostrzał, Glapiński i nominaci Sejmu mieli już przeciwko sobie dwóch członków RPP, którzy wprost krytykowali działania organu. W lipcu z członkostwa zrezygnował Rafał Sura, który przeszedł do zarządu NBP. We wrześniu na jego miejsce Senat powołał Joannę Tyrowicz, a duet krytyków, zamienił się w pełnoprawne trio.
Tyrowicz nie czekała długo, by uderzyć w Glapińskiego i jego decyzje. Już po tygodniu po dołączeniu do RPP mówiła w TVN24, że "nikt mu w nic nie wierzy".
Najbardziej długotrwałą konsekwencją tych błędów jest to, że wiarygodność prezesa, kiedy mówi coś o przyszłości teraz, jest znikoma, co oznacza, że jego zdolność prowadzenia forward guidance - informowania gospodarstw domowych, przedsiębiorstw o inwestorach nie wspominając, co się wydarzy - jest po prostu niska
- powiedziała Tyrowicz.
W następnych tygodniach nowa członkini Rady wciąż powtarzała w mediach, że stopy procentowe trzeba podnosić, co było przeciwne narracji Glapińskiego. Ten jednak dotrzymał słów z "traktatu sopockiego" i razem z RPP zatrzymał trwający rok cykl podwyżek. Glapiński w tym czasie musiał uznać, że czas otwarcie odpowiedzieć na krytykę. Do tego celu wykorzystał konferencję po posiedzeniu Rady.
Nie można być w Radzie, pobierać 37 tys. 300 zł miesięcznie za uczestnictwo w jednym spotkaniu w ciągu miesiąca i krytykować działania całego ciała
- powiedział prezes NBP. To zaostrzyło konflikt i skierowało go na nowe tory.
Joanna Tyrowicz w weekend opublikowała alternatywny komunikat po posiedzeniu RPP. Skrytykowała w nim wszystkie prawy i półprawdy, napisała m.in., że od 2019 roku nie są prowadzone analizy procesów cenotwórczych, a to utrudnia określenie, co dokładnie wpływa na inflację.
Kolejną "bombę" odpalił Przemysław Litwiniuk, który w poniedziałek w rozmowie w TOK FM. Ujawnił, że zgodnie z uchwałą zarządu Narodowego Banku Polskiego wizyta o charakterze służbowym członka RPP w siedzibie NBP jest możliwa tylko raz w tygodniu (a jeśli jest to tydzień z posiedzeniem RPP, to tylko na nie). Dodał, że z analitykami NBP może spotykać się wyłącznie za zgodą gabinetu prezesa Glapińskiego.
Moja karta wejściowa działa tylko na korytarz RPP. Aby spotkać się z analitykami albo porozmawiać o modelach potrzebuję zgody dyrektora gabinetu prezesa. Bez takiej zgody nie wolno mi się kontaktować ze "staffem"
- mówił Litwiniuk.
We wtorek rano Joanna Tyrowicz znów krytykowała RPP w "Porannej Rozmowie" w Gazeta.pl. - Pani dyrektor gabinetu prezesa NBP zaprowadziła mnie do mojego gabinetu i powiedziała, że wszystkie telefony muszę realizować przez sekretariat - mówiła.
Kilka godzin później pojawił się list "kliki" Glapińskiego. Litwiniuk odpowiedział, że nie czuje, by słowa te były skierowane do niego. Zadrwił też, że oświadczenie jest napisane językiem "Trybuny Ludu". Tyrowicz natomiast odniosła się do listu we wtorek wieczorem w TVN24. Podeszła do tego ze spokojem i lakonicznymi odpowiedziami zbywała temat. Pytana, czy się nie boi i czy uwikłała się w politykę, powiedziała krótko, że nie. Na pytanie, czy grożenie prokuratorem członkom RPP przez innych członków RPP często się zdarza, odrzekła: "Wydaje mi się, że jest to stosunkowo rzadkie". Zgodziła się jednak ze słowami z listu, że należy zachować bezstronność i przestrzegać przepisów prawa.
Odniosłam się do komunikatu, przedstawiłam swoją analizę, do której każdy obywatel ma prawo. Nie przedstawiłam żadnych informacji, których nie powinnam ujawnić
- mówiła Tyrowicz.